/ 27 stycznia, 2019/ Hiszpania/ 0 komentarz(y/e)

Po dniu spędzonym na rozmowie, kolejny chcieliśmy przeznaczyć na spacery. Odtworzyłam na telefonie plan zwiedzania, który wysłała nam Kasia. Bardzo pomocna była to dla nas podpowiedź, obrazująca jakimi ścieżkami najłatwiej trafić do kultowych dla turysty miejsc. Na godziny przedpołudniowe zaplanowaliśmy okolice portu, a na wieczór powrót do centrum i drugie podejście do widowiska Magic Fountain. Przedtem czekała nas jeszcze tylko szybka przeprowadzka do nieco większego pokoju, leżącego również w Badalonie, ale 3 stacje metra bliżej Barcelony.

Po opuszczeniu metra udaliśmy się pod Palau Güell – budynek zaprojektowany przez Gaudiego, wizjonera i wszechstronnego artysty, którego dzieła są niekwestionowanymi ikonami Barcelony. Na stoiskach z pocztówkami zdecydowana większość widokówek zawiera zdjęcia lub reprodukcje jego architektonicznych perełek. My po raz pierwszy mieliśmy okazję bezpośrednio obcować z jego przedziwną, trochę bajkową twórczością. Kolumna u wejścia i ozdoby na dachu przypominały mi przepyszne desery składające się lodów, bitej śmietany i owoców.

Wzrok szybko wysłał sygnał do żołądka i natychmiast poczułam głód. Szczęśliwie, na krótkim odcinku do aleji La Rambla znaleźliśmy pizzerię z wypiekami na wynos. Dzierżąc w dłoniach aromatyczne trójkąty skierowaliśmy swe kroki na najsłynniejszą ulicę w Barcelonie. Po lewej i prawej stronie mijaliśmy luksusowe sklepy przeplatane restauracjami i kawiarniami. Fala turystów porwała nas w swe objęcia i poddając się jej dotarliśmy do portu. Odwiedzony przez nas pierwszego dnia i tym razem wywarł duże wrażenie. Usiedliśmy na zadbanym nabrzeżu i z zadumą obserwowaliśmy przemieszczające się nad naszymi głowami wagoniki i pływającą w oddali rzeźbę – boję.

Po chwili relaksu ruszyliśmy poznawać kolejne miejsca. Tak dotarliśmy na niewielki Plaça de Sant Felip Neri. Najważniejszym budynkiem w tej lokalizacji jest kościół pod tą samą nazwą. Na jego elewacji widać dziesiątki śladów po kulach. Zaintrygowani, doczytaliśmy historię. Okazało się, że szczerbiny powstały w wyniku wybuchu bomby w 1938 r. podczas hiszpańskiej wojny domowej. Eksplozja pozbawiła życia głównie dzieci, które w podziemiach szukały schronienia przez wrogim wojskiem. Poświęciliśmy chwilę ciszy refleksji i pamięci poległych.

Jeszcze przed wyjściem z wynajmnowanego mieszkania znalazłam w internecie informacje o godzinach mszy w kościele pw. Świętej Eulalii. Mieliśmy nadzieję, że tym razem uda nam się wejść do środka, przy okazji uczestnictwa w liturgii na Święto Wszystkich Świętych. Do jej rozpoczęcia brakowało jeszcze ponad godziny. Pozostały czas przeznaczyliśmy na uzupełnienie sił. W oko wpadła mi kawiarnia, w witrynie której przelewała się czekolada (wybór miejsca był więc oczywisty). Słodkie rarytasy jednak zawiodły nas jakością, ale przynajmniej nieprzyjemne burczenie ustało. Przed wejściem do kościoła utworzone były dwie kolejki – dla turystów i dla wiernych. Zostaliśmy skierowani na prawą stronę świątyni. Ponieważ został jeszcze kwadrans do rozpoczęcia, mieliśmy chwilę na obejrzenie wnętrza. Wysoka, strzelista przestrzeń, mimo licznych zdobień w kamieniu, nie przytłaczała. Skromy dobór barw i przytłumione światło dodawały miejscu dostojeństwa i uroku. Msza miała być odprawiona przy ołtarzu głównym. Dostawione były rzędy krzeseł, a w ławkach umieszczono tabliczki z informacją o rezerwacji. Po chwili weszła grupa osób niesłyszących i zajęła przygotowane miejsca. Pierwszy raz uczestniczyłam w nabożeństwie na bieżąco tłumaczonym na język migowy. Przy wyjściu próbowaliśmy przedrzeć się na dziedziniec, na którym mieszka stado gęsi, z którego słynie Santa Eulalia. Nie mogliśmy jednak trafić na odpowiednie drzwi (a przez te, które wydawały się nam najbardziej prawdopodobne nas nie przepuszczono) i ostatecznie opuściliśmy kościół tak samo, jak do niego weszliśmy.

Na zewnątrz nastał już mrok, a na placu przed świątynią niebo rozświetlały – wszechobecne w turystycznych miejscowościach – wystrzeliwane, błyskające „wiatraczki ” dla dzieci. Przedarliśmy przez tłum wycieczkowiczów i ruszyliśmy w kierunku Magic Fountain do parku Montjuïc. Mądrzejsi o ostatnio zdobyte informacje wiedzieliśmy, że pokaz rozpocznie się za godzinę. Nawigacja przeliczyła dystans na 45 minut, więc żwawo podążyliśmy przed siebie. W miarę zbliżania się do wzgórza otaczała nas co raz gęstsza masa ludzi. Trochę zdziwiło nas, że wszyscy idą w przeciwną stronę, ale tłumaczyliśmy sobie to późną porą. Z zadowoleniem dostrzegliśmy, że ostatnio zupełnie puste miejsce teraz tętni życiem, wzdłuż alei tryskają pióropusze wody, a nad nami kolorowo migają światła i słychać muzykę. W połowie dystansu do samej fontanny nagle… wszystko zgasło, ucichło i ostatnie grupy widzów opuszczały miejsce show. Osłupienie w końcu osłabło, a rozumy rozpoczęły analizę. No tak, pierwszy listopada oznaczał nowy miesiąc. Internet potwierdził nasze przypuszczenia – w mieście rozpoczął się sezon jesienno-zimowy, a co za tym idzie, zmieniły się godziny dostępności atrakcji. Obiecaliśmy sobie, że trzecie podejście zakończy się sukcesem.

Przed ruszeniem do mieszkania postanowiliśmy jeszcze odwiedzić cmentarz. Znów pomocna nawigacja wyliczyła czas na dotarcie, wynosił około 45 minut. Uznaliśmy, że to jeszcze nie późna noc i zdążymy dojść na miejsce i złapać powrotne metro. Trasa prowadziła kawałek w górę, a dalej po zboczu w dół. W oddali na wzniesieniu zobaczyliśmy kształt, który zaintrygował nas już wcześniej, przypominający nowoczesny wiatrak. Snuliśmy domysły, czym jest w rzeczywistości. Zgadywaliśmy, że stacją pogodową, futurystyczną rzeźbą lub konstrukcją badawczą któregoś uniwersytetu. Gdy znaleźliśmy się tuż obok, wyjaśniło się, że jest to znicz olimpisjki z igrzysk z 1992r. A przynajmniej byliśmy przekonani, że tak jest, do momentu, w którym doczytałam, że jest to wieża telekomunikacyjna 😉 Co ciekawe, wioska olimpijska położona w zadbanym parku była udostępniona spacerowiczom.

Paweł na swojej nawigacji zobaczył, że z tego miejsca można przejść na cmentarz krótszą drogą. Zostało nam około dwadzieścia minut marszu poprzednim szlakiem. Wizja przechadzki wśród zieleni skusiła nas, tym bardziej, że miało być bliżej. W tym czasie mąż odebrał telefon od przyjaciela i ze słuchawką przy uchu rozpoczął prowadzenie do celu. Ja co chwilę dopytywałam, czy aby na pewno dobrze idziemy. Odpowiadało mi kiwanie głowy. Po kolejnej połowie godziny stwierdziłam, że coś mi nie gra. Szliśmy już ponad godzinę, według poprzednich szacunków powinniśmy już od jakiegoś czasu być na miejscu, a tym bardziej – idąc skrótem. Paweł utrzymywał, że wszystko ma pod kontrolą i trasa jest słuszna. Po kolejnych dziesięciu minutach pokonanych tempem przebieżki zbuntowałam się i zażądałam zakończenia rozmowy (Adam, przepraszam 🙂 ). Niestety, męska podzielność uwagi zawiodła i kolejna kontrola ruty wykazała… następne pół godziny do celu! Zagryzłam zęby. Mieliśmy dwie opcje, wracać tak jak przyszliśmy lub osiągnąć założony cel i tam wsiąść do metra. Nie lubię się cofać, więc wybraliśmy drugą możliwość. Po dotarciu już bez komplikacji na cmentarz okazało się, że jest…. zamknięty. Nie pozostało nam nic innego, jak poszukać najkrótszej drogi do domu. Niestety, moje przyzwyczajenia z Paryża tutaj nie sprawdziły się – wejścia do kolejnych stacji metra nie są rozmieszone co sto metrów. Tym razem nawet w odległości kilometra już żadnej nie było, znajdowaliśmy się po drugiej stronie Barcelony, a godzina 22:00 wybiła już jakiś czas temu. Jedyną opcją był autobus. Szliśmy zapomnianymi, pustymi ścieżkami. Mijaliśmy też parking, na którym stało kilka tirów, a między nimi przechadzały się panie „szukające pracy”. W końcu, za podmiejskimi estakadami, znaleźliśmy przystanek przy jakimś ogromnym, opustoszałym porcie. Brak tabliczek rozkładowych nie rozładował napiętej atmosfery. Nie zrobił tego również wiejący grozą budynek za nami. Niezgodności w tabelach w internecie też nie, ale optymistycznie każda wskazywała, że ostatni kurs jeszcze się nie odbył. Poczekaliśmy do godziny zaznaczonej na jednej ze stron – żaden pojazd nie przyjechał.

Minęło kolejne dziesięć minut i dalej nic. W końcu z zawrotną prędkością minął nas autobus. Nawet nie zdążyliśmy machnąć… ale na rondzie zawrócił i zatrzymał się przy nas. Odetchnęliśmy z ulgą, rozsiedliśmy na siedzeniach za kierowcą i z zainteresowaniem oglądaliśmy krajobraz za oknem. Znowu coś przestało nam się zgadzać. Nawigacja poszła w ruch. Tak, jechaliśmy w przeciwnym kierunku. I to na lotnisko! Tam nie obowiązywały nasze bliety. Kierowca wykazywał iście rajdowe zapędy i umiejętności. Nie straciliśmy resztek nadziei, założyliśmy, że dojedziemy do końca, wtedy autobus zawróci i pojedziemy już w dobrą stronę. Wszyscy pasażerowie wysiedli i wtedy kierujący zainteresował się nami. Wyjaśniliśmy mu naszą pomyłkę i otrzymaliśmy informację, że to jego ostatni kurs i nie jedzie już z powrotem. Wykazał się jednak zrozumieniem i wytłumaczył, gdzie jest najbliższa stacja metra. Popędziliśmy na nią i szczęśliwie zdążyliśmy. Teraz już tylko odliczaliśmy upływające minuty z nadzieją, że załapiemy się jeszcze na przesiadkę do docelowej linii. I tym razem nam się udało, bo wsiedliśmy do ostatniego tego dnia pociągu.

Wymęczeni tempem i emocjami padliśmy spać i tej nocy nic nie byłoby w stanie nas obudzić.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*