/ 31 stycznia, 2019/ Hiszpania/ 0 komentarz(y/e)

Ostatnim zabytkiem na naszej liście „must see” była Sagrada Familia. We francuskim przewodniku wyczytałam (tylko w tym jednym znalazłam taką wskazówkę!), że doskonałą, a zarazem jedyną darmową możliwość zwiedzenia bazyliki daje uczestnictwo w niedzielnej Mszy Świętej. Akurat zastał nas koniec tygodnia, więc postanowiliśmy skorzystać z tej opcji. Dowiedziałam się, że liturgia rozpoczyna się o dziewiątej, ale ze względu na ograniczoną liczbę miejsc, warto pojawić się pół godziny wcześniej. Paweł wolał mieć jeszcze większy zapas i pod wejściem stanęliśmy o 8:15. Cieszyłam się z zapobiegliwości mojego męża, ponieważ przed nami była już spora grupa, a osoby wpuszczające skrupulatnie odliczały każdą „sztukę”.

Załapaliśmy się do przedostatniej kolejki. Na dziedzińcu zakazano robić zdjęcia, więc mieliśmy kilkanaście minut na zapisywanie obrazów w naszych głowach. Zaskoczył nas porządek i organizacja panujące w tym miejscu. Kolejne kolumny wiernych musiały być równo ustawione, zgodnie z kolejnością przybycia. Wszystkie niecierpliwe głowy, które wystawały ciekawsko na boki były upominane i cofane na swoje miejsce. Ponadto zalecono ciszę i skupienie. Gdy już ostatnie miejsca zostały zajęte, zaczęto wpuszczać do środka.

Wychodziliśmy przez ogrome, rzeźbione wrota. Ujęły mnie przedstawione na nich sceny, ukazujące naturę. Wypukłe kwiaty, liście, owady tworzyły obraz życia na łące oglądanego przez lupę. Wewnątrz świątyni powitała nas migocząca gra świateł, której źródłem były sięgające sufitu witraże w wysokich, smukłych oknach. Dostojny nastrój spotęgował piękny śpiew chóralny, nieznanych mi dotychczas pieśni. Oprawa muzyczna poruszała emocje do głębi, była przejmująca i wytworna.

Znów kolejnością dotarcia na miejsce zostaliśmy usadzeni w rzędach. Na krzesłach leżały wydruki z tekstem mszy przetłumaczonym na pięć języków, a czytania, kazanie i modlitwy odczytane były na przemian w każdym z nich. Po uroczystości dano nam chwilę na dokładniejsze obejrzenie wnętrz i zrobienie zdjęć. Teraz mieliśmy możliwość skupić się na zamyśle architektonicznym.

Wnętrze świątyni jest przestronne, ale przytulne. Niknący w górze sufit podparty jest licznymi kolumnami, które przywodzą na myśl pnie drzew w lesie. U schyłku podpory nawet rozgałęziają się, a ich zwieńczenie ma kształt regularnych liści. Zarówno w środku jak i na zewnątrz bazyliki odnaleźć można ogromną ilość symboli. Nasza wiedza była zbyt mała, byśmy byli w stanie wszystko przeanalizować i zrozumieć. Co przede wszystkim na nas wywarło wrażenie, to mnogość i różnorodność kształtów oraz liczne nawiązania do świata przyrody.

Zewnętrzna bryła nie posiada dwóch identycznych elementów. Wybudowane są trzy fasady, jedna ukazuje sceny Narodzenia Pańskiego, kolejna Męki, a trzecia Chwały. My najwiecej czasu mieliśmy na obejrzenie drugiej z wymienionych, ponieważ tam znajdowało się wyjście. Zastosowane formy były dla nas czytelne i zrozumiałe. Po opuszczeniu strzeżonego terenu bazyliki jeszcze kilka chwil poświęciliśmy na analizę scen znajdujących się przy portalu wejściowym. Na sam koniec zadarliśmy głowy do góry i nieco nadwyrężając karki obeszliśmy kościół przypatrując się jego wieżom. Na kilku z nich, na czubkach zauważyliśmy kształty przypominające różne owoce – kiść bananów, winogrono, czy ułożone w stos pomarańcze. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy równie bogatego i wielkiego dzieła, które byłoby tak kompletne mimo nieukończonej budowy.

Z głowami wypełnionymi licznymi obrazami ruszyliśmy spacerem w kierunku Placu Katalońskiego, gdzie mieliśmy umówione spotkanie z Tomkiem. Tomek nadzorował pod Barceloną remont jachtu, na który niebawem mieliśmy się zaokrętować. Dostaliśmy do niego kontakt, ze względu na potrzebę wysłania z Polski paczki z naszymi sztormiakami, butami żeglarskimi i paroma innymi drobiazgami, o których nawet zapomnieliśmy, że też je spakowaliśmy trzy miesiące wcześniej 😉 Akcja, mimo nerwowego napięcia (po 3 dniach od nadania nasze rzeczy utkwiły na terenie Niemiec, zamiast w tym czasie pokonać całą trasę) zakończyła się sukcesem. Przy okazji omawiania przez telefon zasad odbioru naszej wysyłki, z obu stron wyniknęła chęć wcześniejszego, osobistego poznania.

W południe usiedliśmy z Tomkiem na pysznej kawie, a tematy popłynęły wartko. Nasz nowy znajomy okazał się bardzo sympatyczny i otwarty. Czas tykał, a nam kolejne wątki i opowieści nasuwały się z prędkością światła. Cieszyliśmy się, że będziemy mieli możliwość wspólnie spędzić dwa tygodnie żeglując w kierunku Wysp Kanaryjskich. Po kilku godzinach zdecydowaliśmy się rozjechać każdy w swoją stronę i kontynuować dialog już za trzy dni, na katamaranie Royal Cracow.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*