/ 25 lutego, 2019/ Hiszpania/ 0 komentarz(y/e)

Pokonując 1400 mil z Barcelony do Las Palmas, zdążyliśmy poznać Royala i zadomowić się w naszej wygodnej lewej dziobowej kabinie. To, czym znacząco różnił się drugi odcinek, to fakt, że codziennie gotował Sebastian. Nie było już wacht kuchennych. Co więcej, nasz kuk przez dwie godziny miał wachtę nawigacyjną. Dzięki tym zmianom, mimo straty autopilota żegluga wciąż była komfortowa. Obsada była pełna, bo nawet nasz skipper – Witek, brał udział w pełni obowiązków, mając przydział taki jak wszyscy pozostali.

Cieszyliśmy się, że wśród wielu zadań związanych z przygotowaniem do ARC, udało się wygospodarować jeden dzień na zwiedzenie fragmentu wyspy. Czas wykorzystaliśmy do maksimum dzięki Agacie, która przekazała nam informacje dotyczące najciekawszych miejsc na Gran Canarii. Nasz wynajęty samochód dostarczył wiele radości na krętych górskich drogach.

W jaki sposób dotarliśmy na Karaiby? Ile nam to zajęło? W końcu – wiało czy nie wiało? Może staliśmy w ciszy? O tym poniżej!

23 listopada – dwa dni przed startem

Przed wyjazdem w góry, ostatni raz przychodzi do nas Wilhelm. Jest to przydzielony nam inspektor z ramienia ARC, który punkt po punkcie z niemiecką dokładnością sprawdza, czy Royal posiada niezbędne wyposażenie bezpieczeństwa oraz przeszkoloną załogę. Jedyne czego brakowało nam pod tygodniu przygotowań, to rumpel awaryjny. Nie wiem jak to możliwe, że poprzedni zniknął, ale po wielu poszukiwaniach powód stracił na znaczeniu. Najważniejsze było znalezienie nowej koncepcji. Za to z zapałem zabrał się Witek, a ja asystowałem przy pracach w roli przynieś-zanieś-pozamiataj. Przy czym zamiatanie występowało najczęściej 🙂 Kiedy idea już powstała w głowie, konieczny był zakup płaskownika, rury czy kształtownika, który mógłby być przedłużeniem ramienia steru.

Po zrobieniu drugiego zaprowiantowania na dwa-trzy tygodnie planowanej trasy, kapitan podjął szybką decyzję o wyjeździe w poszukiwaniu odpowiedniej, nazwijmy to „rury”. We dwóch zostawiliśmy resztę załogi w sklepie i pojechaliśmy taksówką pod adres wskazany przez Starego Meksykańskiego Bonzo, którego zagadnąłem w klubowej marinie przed wyjazdem. Kierowca zawiózł nas na miejsce, a cała trasa okazała się dokładnym odwzorowaniem słów mężczyzny. Mały odpowiednik polskiego „sklepu żelaznego” mieścił się w bocznej uliczce. Po wejściu zaatakowaliśmy sprzedawcę w języku angielskim naszymi dwoma ideami. Szukaliśmy kształtowników, śrub i wszystkiego co pomogłoby ziścić się naszym pomysłom. Niestety barierą okazał się brak znajomości wspólnego języka. Na początku postanowiłem zawalczyć o wspólną sprawę za pomocą notatnika, w którym zacząłem rysować odpowiednie elementy. Szło nam dość dobrze do momentu, kiedy chcieliśmy się upewnić, że wygięta w „es” rura jest wykonana z nierdzewki. Na nic się zdały gimnastyczne tłumaczenia, a wzoru cząsteczkowego stali AISI 316L po prostu zapomniałem 😛 W sukurs przyszedł nam… taksówkarz, którego poprosiłem o pomoc. Sprawy ruszyły z kopyta! Po chwili wyszliśmy z gotowym rozwiązaniem, na które składały się: pręty gwintowane, nakrętki, podkładki i wspomniana rura w niecodziennym kształcie. W drodze powrotnej do mariny, odwiedziliśmy jeszcze kilka stacji paliw, próżno szukając oleju silnikowego. Po nieudanych próbach kierowca zawiózł nas do sklepu z częściami samochodowymi, w którym kupiliśmy dwa opakowania złocistego płynu. Tak to ofiarny taksówkarz dopomógł nam przezwyciężyć trudności, niezbędne do stawienia się na starcie regat.

24 listopada – jeden dzień przed startem

Po powrocie z Barranco Hondo i Roque Nublo byliśmy bardziej niż najedzeni. W trakcie spożywania ogromnych porcji, zadzwonił do nas Andrzej, mówiąc że na jachcie oczekują z uroczystą kolacją… Cóż było robić? Skonsternowani dokończyliśmy posiłek i ruszyliśmy krętą drogą w dół do portu. Na Royalu mimo wszystko zjedliśmy po trosze przygotowanych przez Sebastiana dań i po chwili jechaliśmy z Martą w poszukiwaniu butli gazowych. Niestety, żadna ze stacji wskazanych Witkowi i Andrzejowi w sklepie nie posiadała poszukiwanego przez nas typu. Wieczorne rajdy zakończyliśmy po odwiedzeniu czterech punktów i kupieniu… wódki i coca-coli. Takie zlecenie dotarło do nas w trakcie jazdy 🙂 Warto wspomnieć, że podczas wizyty na jednej z „tankszteli” na moje pytanie „¿hablas ingles?” usłyszałem coś, co przetłumaczyłem sobie jako „tu jest hiszpania i mówi się po hiszpańsku”. Trochę skojarzyło mi się to z naszymi wcześniejszym przygodami i sławetnym „tylko srbski!”.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*