/ 20 kwietnia, 2019/ Martynika/ 0 komentarz(y/e)

Zaraz po rzuceniu kotwicy na Martynice, zabraliśmy się za prace porządkowe. Będąc już doświadczonymi w tych kwestiach, sprawnie pokonujemy kolejne pościele, ręczniki i koce. Trzeba rozpakować czyste pakiety, które przygotowaliśmy przed Bożym Narodzeniem na Sint Maarten. Sebastian bryluje w kuchni, włączam generator i klimatyzację w kabinach, aby przygotować również powietrze. Dostajemy informację, że lecącą na katamaran grupę spotkała wątpliwa przyjemność zagubienia bagażu podczas przesiadki w Paryżu. Przez to – dla nas trochę szczęśliwie – wszyscy więcej czasu muszą poświęcić na lotnisku, a my mamy możliwość dopracowania kajut.

W końcu, po zapadnięciu zmroku, dostajemy cynk, aby odebrać nowych gości. Nie zakładam okularów przeciwsłonecznych, nie chcąc wzbudzać strachu moją krótkowzrocznością, ale szczęśliwie stoimy zaparkowani jako jeden z pierwszych jachtów tuż przy wyznaczonej strefie. Obieram azymut na wieżę kościoła i dobrze oświetlony bulwar i ruszam dinghy. Po krótkim rajdzie jestem już na miejscu, zabezpieczyłem ponton kłódką i poszedłem w stronę pobliskiego placu, przy którym wysiąść miała nowa zmiana. Niedługo później taksówka-mikrobus przywiozła pierwszą część nowych załogantów. Ci – w doskonałych humorach – przeprowadzili bagaże na wysoki pomost, przy którym zaparkowałem, po czym, sposobem „warszawskim”, czyli stojąc w szeregu, podawaliśmy duże walizki z rąk do rąk, moszcząc jest najpierw w rufie pontonu, a gdy tam zabrakło miejsca – na dziobie. Z niemałym zaciekawieniem obserwowałem powolne zanurzanie się naszej jednostki, ale pneumatyczne tuby najwyraźniej miały wystarczający zapas pływalności. Od razu zapadła rozważna i szlachetna decyzja, aby pierwsze na pokład Royala popłynęły kobiety, a mężczyźni w czasie oczekiwania na kolejny kurs pójdą… do baru. Wśród ogólnej wesołości, bezpiecznie wylądowaliśmy na katamaranie. Po powrocie po pozostałych rozbitków i bezpiecznym przetransportowaniu ich do żon czekała mnie jeszcze jedna wyprawa po Witka, który przyjechał z lotniska ostatnim kursem.

W międzyczasie pierwszy desant zabrał się do pomocy Dominice i Sebastianowi przy ostatnich akordach sprzątania. Pomimo zmęczenia długim lotem, panie ochoczo dokończył dzieła, a dzięki temu panowie – wracający na Royala doskonałych nastrojach – mogli nacieszyć się pięknem wyczyszczonego wnętrza. Całą grupę, będącą rocznikowo w wieku naszych rodziców, charakteryzowało ogromne poczucie humoru i stanowili zgraną paczkę znajomych. Wśród pierwszych rozmów okazało się, że nie jest to pierwszy ich wspólny wyjazd, a my z uśmiechami na twarzy mogliśmy się przyglądać wieloletnim przyjaźniom. Ponieważ była już późna noc, Witek zaproponował nam możliwość nocowania na jego jednostce. Z chęcią przystaliśmy na tę propozycję i, kiedy wybrzmiały ostatnie rozmowy, umościliśmy się w kokpicie. Podczas nocnych rozmów nie mogliśmy jeszcze się zdecydować gdzie będziemy spali po zejściu z katamaranu. Dominika przetrząsała przepaście internetu poszukując nowego miejsca na kilku portalach, nie mając większej chęci na dziki nocleg pod gwiazdami.

Po śniadaniu popłynęliśmy do Le Marin po odbiór genakera, który został rozdarty trzy tygodnie wcześniej podczas transatlantyckich regat. W żaglowni okazało się, że postęp prac jest znikomy, a właścicielka jęła zapewniać, że wszystko zostanie zakończone jeszcze tego samego dnia wieczorem. Nieco niezadowoleni z takiego obrotu spraw goście zaczęli rozważać nowe opcje. W końcu stanęło na tym, aby zatankować jacht i zrobić zaprowiantowanie, a wypłynąć nazajutrz. My dzięki temu dostaliśmy kolejną możliwość spędzenia wieczoru i nocy w towarzystwie, które bardzo przypadło nam do gustu. Korzystając z zyskanego czasu, zdecydowaliśmy wyprać pościel po wcześniejszych pasażerach. Prowadząc wielowątkowe śledztwo, Dominika nawiązała kontakt z Romkiem, który na jednym z portali społecznościowych poszukiwał załogi do przeprowadzenia jachtu z Martyniki na Grenadę. W tym samym czasie przez Couchsurfing nawiązaliśmy kontakt z enigmatycznym Bažinovym Lasem, prowadząc konwersację w języku polskim. W głowach zaczęła nam się rysować trasa do Kostaryki przez Wenezuelę, ponieważ z Grenady jest już niedalego na Trynidad i Tobago, a stamtąd do kontynentalnej Ameryki Południowej.

Z kotwicy zeszliśmy wczesnym popołudniem, udając się w stronę stacji paliw. Wcześniej, taksówką z Sainte Anne do Le Marin, pojechała grupa uderzeniowa. Dominika z torbami prania, oraz przyjaciele Gosi i Witka z pustymi torbami na zakupy. Mimo, że naczekali się na przyjazd transportu do niewiele oddalonego miasta, zakupy poszły im sprawnie, więc po dotarciu do nabrzeża, równocześnie tankujemy ropę, uzupełniamy wodę oraz wspomnianym warszawskim wężykiem przenosimy prowiant. Sprawna akcja zakończyła się pełnym sukcesem, choć tempo podawania było większe niż jego rozlokowywanie wewnątrz bakist, przez co pracę kończyliśmy płynąc już z powrotem na kotwicowisko, z którego ruszaliśmy.

Wieczorem zostaliśmy zaproszeni przez znajomych Gosi i Witka na kolację do Sainte Anne. Kilkunastoosobowa, zagraniczna grupa, której byliśmy częścią, od wejścia zrobiła wrażenie. Siedzący przy stołach mieszkańcy Martyniki przyglądali nam się ciekawie. Wszystkie panie były ubrane w jednakowe, czarne sukienki, pieszczotliwie nazywane przez siebie „mundurkami”, natomiast kelnerzy mieli nie lada problem z organizacją miejsca. Sprostali jednak wyzwaniu, a my cieszyliśmy się możliwością wspólnego spędzenia czasu. Przyszedł czas składania zamówień. Było nas trzynaścioro i jest to istotne, jak się później okazało. To dość duża liczba pierwsza, powodująca trudności w „sprawiedliwym” podziale potraw pomiędzy siebie. Po krótkich, acz burzliwych konsultacjach społecznych zamówiliśmy – a jak! – wszystkiego po trochu. W ogólnej spontanicznej wesołości upłynął nam bardzo sympatyczny wieczór.

Choć bieżące ustalenia zakładały płynięcie na południe wczesnym rankiem, Sebastian zaoferował nam przejazd na wyspę pomimo niewygody krótszego snu. I rzeczywiście, o pianiu kogutów, dopakowaliśmy do plecaków pozostałą część ekwipunku i dinghy dostaliśmy się na brzeg. Otwierała się przed nami nowa perspektywa spędzenia czasu na wyspie, noclegów w namiocie (nieużywanym od ostatniego, listopadowego pobytu w Turynie), poznania nowych ludzi oraz… kolejnej zmiany planów!

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*