/ 22 kwietnia, 2019/ Martynika/ 0 komentarz(y/e)

Kolejnego dnia poszłam do biura rozliczyć się za zajęte pole na kempingu. W niewielkim budynku były już spotkane wieczorem osoby przybyłe z Bažinowego Lasu, bardzo niezadowolone z konieczności ponoszenia takich kosztów. Romek nie mógł przedłużyć swojego pobytu, ponieważ ośrodek zezwalał jedynie na namioty, a nie na hamaki. Z tego względu, kolejną noc mieliśmy spędzić w pierwotnej ilości obozowiczów. Poranna decyzja umożliwiła nam poruszanie się po wyspie bez zbędnego balastu. Udaliśmy się więc do Kokoarum. Tu, mając dobry dostęp do internetu, rozpoczęliśmy dalsze poszukiwania. Po głowie chodził nam również pomysł zobaczenia kolejnego kawałka wyspy, którego nie zdążyliśmy zwiedzić ostatnim razem.

Po pewnym czasie zgłodnieliśmy i postanowiliśmy przenieść się w nieco mniej prestiżowe miejsce, które pozwoli zaoszczędzić kilka dolarów. Ruszyliśmy w stronę centrum by zasiąść w jakieś lokalnej jadłodajni. Po drodze natknęliśmy się na Ulę i Mikołaja, którzy wyrazili chęć na wspólny obiad. Przy posiłku dogadaliśmy się, że możemy wspólnie wypożyczyć samochód i zobaczyć jakieś ciekawe miejsce. Zaproponowałam Kanał Niewolników, na który nie dotarliśmy ostatnim razem z Anią, Kacprem i Sebastianem. Pomysł spotkał się z akceptacją, a my z Pawłem zobowiązaliśmy się rozeznać w cenach wynajmu. Od tego miała zależeć długość naszej wycieczki. Gdy każdy już czuł się syty, rozeszliśmy się z zapewnieniem kontaktu telefonicznego.

We dwoje wróciliśmy do naszej bazy internetowej. Jako, że siedzieliśmy w towarzyskim centrum LeMarin wkrótce dołączył do nas Romek, a kilka chwil później jego kolega, który dopiero co zszedł z jachtu. Znów daliśmy się porwać morskim opowieściom, co jeszcze mocniej zmobilizowało nas do zagłębienia się w cyfrowe odmęty sieci, by odnaleźć przyjazny nam pokład. Skupiając się na kilku rzeczach równocześnie, napisałam w międzyczasie do znajomego kucharza z jachtu BlueOcean, by uzyskać informację, gdzie wypożyczał ostatnio samochód. Kacper dokładnie opisał miejsce i przy okazji zapytał, czy… nie chcielibyśmy na miesiąc zaokrętować się na katamaranie, który on musi opuścić. Został nam zaproponowany rejs z Sint Maarten na południe. Ochoczo podjęliśmy temat, skontaktowaliśmy się z właścicielem jachtu i po niedługim czasie mieliśmy ustalony plan na kolejny miesiąc! Zostały nam dwa pełne dni na Martynice, a trzeciego, z samego rana, mieliśmy dostać się samolotem na północ. Nowy jacht, nieznani nam jeszcze ludzie, nieodwiedzone dotychczas miejsca działały na wyobraźnię i rysowały barwny, radosny obraz. Jedynie mieliśmy świadomość mocno ograniczonej możliwości zwiedzenia Martyniki. Zdecydowaliśmy, że kolejnego dnia załatwimy sprawę wynajmu samochodu, a w przeddzień wylotu pojedziemy do Kanału Niewolników.

Drugą noc na polu namiotowym spędziliśmy w o wiele węższym składzie. Było dużo spokojniej, a dzięki temu my szybciej zapadliśmy w sen. Ilość emocji i pozytywnych wydarzeń ukołysała nas na dobranoc i nic nie zburzyło naszego spokoju. Rano w pełni sił i energii wybraliśmy się na poszukiwania samochodu do wypożyczenia. Wskazane przez Kacpra miejsce znajdowało się najdalej, zaczęliśmy więc od okolicy Sainte Anne. Ceny przekroczyły nasze oczekiwania i zapamiętany koszt. Niestety, rozpoczął się już „wysoki sezon”, co spowodowało znaczny spadek dostępności czterokołowców i wzrost stawek. Również krótszy czas wynajmu niekorzystnie wpływał na kalkulację.

Dalszy punkt programu przewidywał wycieczkę do Le Marin, by tam poszukać lepszych opcji wynajmu. Jak codzień spróbowaliśmy się tam dostać autostopem, który na wyspie działał znakomicie. I tym razem po kilku minutach wygodnie siedzieliśmy w samochodzie, który prowadziła jedna z turystek. Tak się zagadaliśmy, że przeoczyliśmy miejsce, w którym chcieliśmy wysiąść. W niczym jednak nam to nie przekazało i w centrum miasta przeszliśmy do wybranego punktu zahaczając jeszcze o kilka innych wypożyczalni. Ostatecznie ta, wskazana przez Kacpra, zaproponowała nam bezkonkurencyjną cenę i bez wahania przystaliśmy na ofertę. Potwierdziliśmy ustalenia z Ulą i Mikołajem, a po wehikuł mieliśmy zgłosić się kolejnego ranka o godzinie 8:30. Nie chcąc już tego dnia ruszać się z miejsca, wybraliśmy opcję budżetowego obiadu podgrzanego na turystycznym palniku. Dla nas był tylko formą zapchania żołądka, ale znaleźli się i tacy, których mocniej zainteresował i wyraźnie chcieli się przyłączyć do uczty. Kto to był? Zobaczcie sami!

Trochę zmęczeni poszukiwaniami i upałem resztę dnia przeznaczyliśmy na odpoczynek na plaży. Pozwoliliśmy sobie na oddech i ochłodę z pomocą lodów z pobliskiego sklepu. Znaleźliśmy stolik i ławkę pośród – pozamykanych na porę sjesty – restauracji i punktów usługowych. Postanowiliśmy połączyć się wideo z Moniką i Tomkiem, którzy chcieli usłyszeć od nas, jak to jest przepłynąć Atlantyk. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach rozmowy uchyliła się roleta budki obok nas, w której oferowano organizację wycieczek. Osoba w środku poinformowała nas, że… przeszkadzamy w konwersacji z klientami i mamy opuścić stolik. Przenieśliśmy się więc na murek pół metra dalej i kontynuowaliśmy opowieści. Tak nam się dobrze rozmawiało, że po jednym telefonie wykonaliśmy drugi w drodze na plażę. Ania z Michałem towarzyszyli nam również podczas zachodu słońca.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*