/ 4 czerwca, 2019/ Gwadelupa, Kostaryka, Martynika, St. Lucia, St. Maarten/St. Martin, St. Wincent i Grenadyny/ 0 komentarz(y/e)

07.02 Saint Vincent – Saint Lucia

Sen trwa krócej niż zwykle. Za krótko. O 5:00 jesteśmy już w drodze, żeby zdążyć na czas na St. Lucię. Z wyspy, na którą po raz pierwszy dotarliśmy w pierwszej połowie grudnia, wylatuje większa część naszych gości. Kiedy znowu widzimy charakterystyczne dla Soufirere Bay dwa Pitony, wiemy, że jesteśmy na miejscu. Zrzucamy dinghy na wodę i pierwszy wyjazd na brzeg jest w celu dokonania odprawy. Katamaran stoi na boi nieopodal miejsca, które ostatnim razem – w przedziwnych okolicznościach – zwolnił nam Malcolm, przez co Maciek znikł na dłuższą chwilę, szukając miejsca postojowego dla poprzedniej załogi. Tym razem w wietrzny ciepły dzień nie ma jednak żadnego problemu z miejscem… parkingowym. Musimy odczekać swoje przed biurem celno-paszportowym, ale papierologia w dzisiejszym przypadku przebiega nad wyraz sprawnie. Ogromną zasługę w tym ma młody oficer służby celnej, który… sam wypełnia część dokumentu, bazując na kopii wypełnionej przez Dominikę dla „paszportowców”. Dodatkowo, spostrzegłszy nasze polskie korzenie wyrzuca z siebie okrzyk „Lewandowski!”. Podkreśla przy tym swoją erudycję i zapewnia nas, że to bardzo dobry piłkarz! Do tej pory ambasadorem narodowej marki był Jan Paweł II, ale czasy widać powoli się zmieniają 🙂

Po powrocie na jacht, okazuje się, że na boi nieopodal stoi polska Nashachata II (pod brytyjską banderą), na której lokalna firma złożona z trzech pracowników świadczy usługi remontowe. Ze względów formalno-prywantych (z naciskiem na to drugie), odstawiamy naszego drogiego kapitana na pokład zaprzyjaźnionego jachtu i wracamy do siebie. Po pół godzinie wiozę gości przez pokrytą krótką falą zatokę i po wymianie uprzejmości żegnam po miesiącu wspólnego przebywania pod jednym dachem. Nie ma na co dłużej czekać przy pomoście. Tłok wśród oferentów usług wszelakich jest duży, a wszystko w ryzach próbuje utrzymać ochrona przybytku Soufriere. Omijając jeden z motorowych ścigaczy zaopatrzony w dwa trzystukonne silniki i wielkie grające tuby, muszę uważać na zwiększony ruch w ciasnym podejściu. Z niekłamanym podziwem patrzę na to, jak młody sternik wprawnie parkuje białe szpiczaste cacko, jedną rękę trzymając na kierownicy. Drugą miał zajętą trzymaniem „papierosa” o charakterystycznym słodkawo-duszącym zapachu.

Niedługo później, odbiwszy kapitana z dobrowolnego więzienia, żeglujemy do Rodney Bay, które znamy jak własną kieszeń. Nie wpływa to jednak na łatwość kotwiczenia, które przebiega wyjątkowo długo. Podczas płynięcia wzdłuż wyspy przygotowaliśmy torby z praniem, które czekają na dinghy. Po wejściu w wody zatoki, po desancie, płynę w te pędy do pralni. Podcinane dziobem pontonu czubki fal wchodzą do środka, wstępnie namaczając pościel. Niestety miejsce jest zamknięte, a my przecież jutro z samego rana płyniemy na Martynikę, więc i obowiązki przenosimy do Francji, nie dając zarobić kilkudziesięciu „wschodniokaraibskich” wysokiej, poważnej pani, którą spotkaliśmy ostatnim razem.

Po powrocie z laguny, z zewnątrz asystuję w piątym i szóstym manewrze stawania na kotwicy. Chyba hak jest za mały dla naszego przeszło trzydziesto tonowego okrętu. I z tym można sobie jednak poradzić. Dziwne, że Maciek jeszcze nie osiwiał czy wyłysiał przez te roszady. Oprócz niewielkich zakupów nie krzątamy się dłużej po marinie, resztę dnia spędzamy na jachcie w nowych okolicznościach, w których liczebność załogi jest równa liczebności gości.

08.02 Saint Lucia – Martynika

Dzisiaj wysiadają ostatni pasażerowie, ale wypływamy po dziesiątej. Dzień zapowiada się bardzo słoneczny, a nasze głowy oscylują wśród kostarykańskiej części Ameryki Północnej. Prosto z St. Lucii przemieszczamy się pod stację paliw. Po powrocie do naszej ulubionej zatoki Sainte Anne, Dominika z Maćkiem biorą się za porządki kabin, które wczoraj zostały zwolnione przez gości. Ja wsiadam na Ryżego Konia i wzdłuż żółtych boi, wyznaczających granicę kotwicowiska, jadę do małej restauracyjki. To najtańsze miejsce na Karaibach. Prawdę mówiąc nawet, jestem tu czwarty raz, a nie próbowałem niczego ze specjałów. Za każdym razem interesuje mnie tylko małe pomieszczenie po lewej stronie od wejścia. Jest w nim komputer, drukarka, dwa krzesła i niewielki stolik. Za trzy euro cała załoga jest zalegalizowana na wyspie.

Ostatni pasażerowie naszego „turnusu” wysiadają na pomoście na przeciwko niewielkiego kościoła. My nawet nie mamy zbyt wiele czasu na świętowanie tzw. „cudowego ocalenia”. Ścierki w dłoniach, pościele zdjęte z materaców i posegregowane, to samo z ręcznikami. Odkurzacz przechodzi z rąk do rąk. Sprzątamy schowki, lodówki, łazienki, bakisty i szyby. Panuje już jednak luźniejsza atmosfera.

W ostatnim momencie jeszcze sprzedaję naszemu kucharzowi swój duży sztormiak, a część rzeczy – w tym ciepłe, pierzaste śpiwory, zostawiamy zdeponowane na Royalu. Nie będziemy ich potrzebowali w upale Centro-Ameryki. Na zaprzyjaźnionym jachcie będą jednak bezpieczne. Wieczorem wpada na pokład Sebastian z polską załogą zapoznanego ostatnio katamaranu. To Ci sami, którzy stali prawie na plaży przed naszym skokiem na południe Małych Antyli. Siedzimy wspólnie do białego rana, każdy ciesząc się z bezpiecznie zakończonego rejsu.

O świcie Maciek zawozi nas do Le Marin, gdzie powinien czekać na nas Mael – kolega kolegi syna znajomego naszego kapitana. Na prawdę! Taka relacja była między nami, a naszym nowym kierowcą. Kiedy jednak jesteśmy z naszymi dużymi plecakami w umówionym miejscu, mija kwadrans, a jego telefon milczy, zaczynamy się martwić, że nie zdążymy na samolot. Poprzednim razem Czech Pavel był punktualny… Jednak po około dwudziestu minutach zjawia się uśmiechnięty jegomość, który zawozi nas na lotnisko. Kiedy chcemy uiścić umówioną cenę, rodowity Martynikanin lekko się dąsa odpowiadając, że od swoich znajomych przecież nie bierze pieniędzy! Udaje nam się jednak namówić go na zwrot kosztów paliwa. Urzeczeni jego uczynnością i miłą rozmową w trakcie jazdy czym prędzej idziemy oddać bagaż.

09.02 Martynika – Guadeloupa – San Martin/Sint Maarten – Miami – San Jose (Kostaryka)

W całym intensywnym dniu, przewijają się myśli „jak to będzie” i „co to będzie”. Pomiędzy kolejnymi samolotami (a są ich dzisiaj cztery) udaje mi się jeszcze wskoczyć na fryzjerski fotel w miejscu, gdzie ostatnim razem – u fryzjerek z Dominikany – byłem trymowany na Wigilię Bożego Narodzenia. Ponadto łapiemy quasi-autostop na St. Martin, który przewozi nas z lotniska Grand Case w okolice drugiego – Princes Juliana. Na nim zostaję pozbawiony zestawu turystycznych garnków, podkoszulka, niewielkiej turystycznej butli gazowej i spodenek kąpielowych. Wszystko ze względów bezpieczeństwa! Wymienione artykuły zostają mi wyjęte z bagażu podczas kontroli, o czym zostaję poinformowany dopiero na pokładzie samolotu. Ubrana w kamizelkę odblaskową dziewczyna odszukuje moje miejsce, po czym uświadamia, że elementy wyposażenia zagrażające bezpieczeństwu lotu zostały usunięte z plecaka. Niczego do podpisu, brak wyszczególnienia, co też tak zaniepokoiło obsługę portu. Domyśliłem się, że chodzi o kartusze gazowe. Mogłem się tego spodziewać. Jednak brak pozostałych rzeczy zauważam dopiero w Miami, kiedy czekamy na przesiadkę. Próbuję jeszcze złożyć reklamację w liniach lotniczych, ale kilka dni później sprawa rozbija się o odpowiedzialność obsługi lotniska etc. Nikt nie zawinił. Takie są procedury. Najbardziej szkoda tych garnków. Niemniej, takie jest życie, że rzeczy mamy tylko na chwilę, dlatego nie ma co się do nich przyzwyczajać. Ludzi z resztą też mamy na chwilę. I życie jest tylko przez chwilę.

Wśród dziegciu jest i miód, choć w innych niż w przysłowiu proporcjach. Na pokładzie samolotu jesteśmy z Dominiką rozdzieleni, aby zaoszczędzić trochę na kosztach biletów. Przez to siedzę obok amerykańskiego małżeństwa. Mężczyzna czyta gazetę – magazyn żeglarski jak się okazuje. Na okładce… jacht budowany w mojej byłej stoczni w Olecku! Nawet miałem okazję co nieco przy nim pracować. Creme de la creme – Dominika na zdjęciu w gazecie! Co prawda na ujęciu nie widać jej twarzy, bo siedzi obrócona tyłem do fotografa, ale wiem, że to ona. Sesja zdjęciowa odbywała się przecież na Mazurach. Ciężko, żeby w tych okolicznościach (i z moim gadulstwem) nie rozgorzała z tego faktu ożywiona dyskusja, w której wyniku mamy do dzisiaj tę gazetę i kontakt do nowych znajomych z Seattle!

Na lotnisku w stołecznym San Jose lądujemy już po północy. Uczynny Karol odbiera nas zaraz po wyjściu z hali przylotów. Nie zmienił się wiele od czasu, kiedy kilkanaście lat temu widziałem go po raz ostatni. Noc i zmęczenie nie pozwalają stwierdzić czy jest bardziej opalony czy nie. Wrażenie robi na mnie jego płynny hiszpański, kiedy w nocy kupuje paliwo na dojazd do domu. W ciemności mijamy tylko światła samochodów, a nasz kierowca jedzie płynnie, zdobywając kolejne metry w pionie. Okazuje się, że będziemy mieszkali w górach na wysokości niespełna półtora kilometra! Prawie jak na karkonoskiej Śnieżce! Karol opowiada nam po krótce o okolicznościach życia w Kostaryce, po czym docieramy do skąpanego w nocy rozłożystego domu. Gościnność znajomych moich rodziców jest nadzwyczajna. Dostajemy swoje nowe lokum w standardzie pokoju hotelowego! Nie mamy więcej czasu i siły na rozmowy. Karol rano (czyli za kilka godzin) jedzie z turystami na wycieczkę, a my… padamy spać.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*