/ 28 czerwca, 2019/ Kostaryka/ 0 komentarz(y/e)

Dni u Agaty i Karola mijają nam na porządkowaniu dotychczasowych podróżniczych plonów. Wśród nich są strzępki notatek czekające na przekształcenie ich w co bardziej rozbudowane literackie formy, kolaż zdjęć i filmów, od dłuższego czasu błagający o oddzielenie ziarna od plew i skatalogowanie oraz inne codzienne sprawy. Nasza przemiła gospodnyni co rusz pojawia się z kolejną, ciekawą, kulinarną propozycją, którą jak skromnie przyznaje, zrobiła naprędce i tak właściwie to tylko przez przypadek. Nieprzypadkowo te wszystkie cudeńka bardzo przypadły nam do gustu. Najbardziej jednak guacamole i sałatka z palmito, czyli rdzeniem-sercem jednego z licznych gatunków palm. Białe, lekko gumowate pałki urozmaicają nasze menu na kolejne tygodnie. Na długi czas zostanie mi w głowie hummus z pomidorami, który do dzisiaj powoduje u mnie odruch Pawłowa na samo o nim wspomnienie. Dominika zaś, korzystając z dostępu do piekarnika piecze chleb, a kolejne pachnące bochenki znikają w tempie radującym plantatorów zbóż.

Dotarcie do Tortugero zajmuje nam prawie całą środę 20 lutego. W zgodzie z kostarykańską komunikacją autobusową przemieszczamy się kolejnymi wozami z Cajon do Grecii, z Grecii do San Jose, z San Jose do Guápiles, z Guápiles do Cariari, później jeszcze do La Pavon, w której… skończyła się droga! Zanim jednak rzutem na taśmę dojechaliśmy do ostatnich tego dnia publicznych łodzi do Tortugero, pokonaliśmy jeszcze niemały kawałek stolicy na piechotę. Ale po kolei.

Pomimo twardego snu na wygodnych łóżkach, tym razem wstajemy wcześniej. Wszystko, żeby według internetowego poradnika, po licznych przesiadkach zdążyć do celu jeszcze przed szybko zapadającym tutaj zmrokiem. Odcięte od ruchu kołowego Tortugero leży nad brzegiem Morza Karaibskiego, a od lądu odseparowane jest Rio Tortugero, przez co można się do niego dostać tylko drogą wodną lub powietrzną, przy czym ze względów finansowych zupełnie nie mamy problemu z podjęciem decyzji co do wyboru środka lokomocji. Prawie 40-kilometrowa przejażdżka łodzią – tyle na razie wiemy – odbywa się regularnie, kilka razy dziennie. Ostatnia odpływa około piątej po południu, ale chcemy być na przystani trochę wcześniej, by nacieszyć się miejscem jeszcze za dnia. Na wodne taksówki nie chcemy liczyć, bo oszczędzamy.

Zjeżdżamy z wysoko położonych plantacji kawy do Grecii. Tutaj, czując powagę wyścigu z czasem, gonimy na drugi dworzec, z którego można dojechać do stolicy. Niestety, jeden z autobusów z napisem San Jose, właśnie skręca włączając się do ruchu, a mi tym razem brakuje werwy do zatrzymania go. Uciekają nam pierwsze minuty. Jakie uciekają? Przecież jesteśmy w podróży, przecież jutro też jest dzień, przecież cieszmy się nowym otoczeniem! Po co te nerwy? Tak rzeczowo można myśleć siedząc na poddaszu drewnianego domu na kanadyjskiej farmie w cztery miesiące po sprawie, ale nie wtedy. Z resztą, zrozumie nas ten, kto już w życiu się śpieszył. Mija czterdzieści minut i siedzimy w kolejnym autobusie i wiemy tylko tyle, że następny – do Guápiles i Cariari odjeżdża z terminalu o wdzięcznej nazwie Caribeños. Po dojechaniu do San Jose pierwsi ludzie wysiadają, kolejny przystanek – kolejni opuszczają pokład. My jednak do końca nie wiemy gdzie wysiąść, więc współpasażerowi zgłaszam prośbę o naświetlenie nam obecnych możliwości. Czynię to moim ledwo nauczonym hiszpańskim, który co prawda już jest oszlifowany w zadawaniu pytań, ale z trudem pozwala na zrozumienie… odpowiedzi! Staram się nie nadrabiać miną, a zrozumieć, więc – tak samo jak w La Fortuna – próbuję przejść na angielski. Bezskutecznie. Zbliża się przystanek, na którym wysiada nasz nowopoznany przewodnik po mieście. Z braku lepszego pomysłu i z mglistym poczuciem tego, gdzie udać się dalej, wysiadamy razem z nim. Po odejściu naszego tico, zostajemy jednak zdani na siebie. W tym celu na chybił-trafił ruszamy… w stronę przeciwną niż pomocny chłopak!

Kilka przecznic wystarczyło, aby zdobyć jakieś wolno działające internetowe instrukcje pod jedną z knajp, co serwuje jedzenie szybko i ładnie prezentuje je na zdjęciach. Mamy nawigację, w której wyszukujemy tajemniczo brzmiącą nazwę naszego dworca. Pojawiają się dwie opcje, które jednak leżą blisko siebie. Po sprawdzeniu odległości – ruszamy pieszo z kopyta. Całkiem w ciemno w ulice stołecznego miasta. Duży ruch samochodów, kolejne skrzyżowania. Na niektórych przejściach dla pieszych grzecznie czekamy na zielone światło, na innych wręcz przeciwnie. W końcu, zziajani docieramy do celu, który okazuje się być… bazą dla autobusów! Brak jakiejkolwiek poczekalni, szlaban i ochroniarz nas w tym utwierdzają. Z tego co mówi mężczyzna rozumiem, że… niezbyt wiele rozumiem jednak. Na pobliskim przystanku miła pani pokazuje nam palcem, w którą stronę mamy iść, aby trafić na właściwy terminal. Przechodzimy przez tory, pytam kolejnego przechodnia, docieramy do dużego skrzyżowania, jeszcze jedno pytanie. Już zdajemy sobie sprawę, że właśnie nadchodzi godzina odjazdu naszego bezpośredniego autobusu do Cariari i wpadamy jak na wyścigach na ostatnią prostą. Jeszcze tylko kilka metrów i jesteśmy na placu dużego dworca, w pośpiechu podchodzimy do tablic z nazwami kolejnych destynacji. Ludzie siedzą, ludzie czekają w kolejce, ludzie wysiadają, ludzie wsiadają. Autobusy przyjeżdżają i odjeżdżają. Nim się zorientowałem – odjechał nasz! Czyli mieliśmy szansę!

Na trasach, którymi jeździliśmy do tej pory, bilet kupuje się u kierowcy. A jak jest tutaj? O to pytamy mężczyzny w informacji, który chcąc nam się przysłużyć prosi o tłumaczenie młodą dziewczynę, siedzącą i prawdopodobnie czekającą na swój odjazd. Zagadnięta szybko udziela nam pomocy jako tłumacz, a dowiedziawszy się, że zmierzamy do Tortugero, w uprzejmy sposób oferuje nam całą gamę wycieczek i noclegów. Po chwili, dzięki jej uprzejmości, mamy już zarezerwowany nocleg w hostelu oraz wycieczkę canoe. Jutro, tuż po nastaniu świtu, przewodnik ma przewieźć nas łodzią po Rio Tortugero i pokazać faunę i florę okolicy. Kiedy w kasie kupiliśmy bilety, zjedliśmy zrobione wcześniej kanapki, uszczupliliśmy zapasy wody, posiedzieliśmy, przyjechał autobus. Dzień spędzony miał być jednak w trasie, więc po wyjeździe ze stolicy utknęliśmy w korku z powodu przebudowy drogi. Nasz kierowca uciął sobie dłuższą pogawędkę z ciężarowym kolegą po fachu, a my przez okno obserwowaliśmy rzekę. Pochód ludzi, niczym potok, wartko sunął wzdłuż drogi, a każdy trzymając w ręku i na szyi produkty na sprzedaż, starał się skorzystać z długiego postoju. Zmotoryzowany sznur pojazdów, unieruchomiony na czas jakiś, był co chwilę zaczepiany i nęcony platanowymi chipsami, wodą w woreczkach, kanapkami i agua de pipa, będącą niczym innym jak wodą kokosową , pitą z ociosanego orzecha przez dołączoną gratisowo rurkę. Wszystko ma jednak swój kres, przestrzeń przed nami zaczyna się rozluźniać, zagadani szoferzy w pośpiechu wracają na miejsca pracy, wrzucają „jedynkę” i tym razem my obserwujemy sznur samochodów i handlarzy z przeciwnej strony.

W Guápiles mamy krótki postój, a na kolejną przesiadkę czekamy w Cariari. Niestety, informacje podawane przez kolejnych zagadniętych ludzi są ze sobą sprzeczne. To mamy czekać i się nie ruszać, bo autobus przyjedzie za dwie godziny. To mamy gdzieś iść (gdzie?) na kolejny autobus do Cariari. Tym razem nie mam wątpliwości językowych, co tym bardziej wprawia nas w zakłopotanie. Stara prawda, że problemów nie należy rozwiązywać „na głodnego”, kierujemy się do przylegającej do przystanku sody. Zamawiamy standardowo już casado i siadamy na krzesełkach. Obsługująca nas pani, widząc, że przeglądamy zdjęcia na aparacie, zaprasza mnie z nim na niewielki placyk na tyłach restauracyjki i pokazując na drzwa wyrzuca z siebie potok hiszpańskich słów. Patrzę na drzewa, patrzę na nią, prawdopodobnie minę mam nietęgą. Niestrudzona dobrodziejka, podejmuje się kolejnej próby. Są wyrazy piękne w kastylijskiej mowie, jest gestykujaca zapraszająca do zapoznania się z pobliskim drzewostanem. Chwila napięcia i znowu moja głupkowata mina. Rezygnując z dalszych prób, moja przewodniczka po okolicy, bez cienia zniecierpliwienia zdąża z powrotem za bar, a ja dołączam do Dominiki. Już, już, a nasz posiłek wcale nie przeszedłby do historii. Ot garstka ryżu, kolendra i fasola, popite gorącym (sic!) mlecznym napojem w przydrożnej sodzie. Jednak nie! Nie dając za wygraną, upartemu Polakowi szturm przypuszcza – wydaje się, że gospodarz przybytku. Zachęcającym gestem odrywa mnie od jedzenia, rzuca we mnie mniejszą ilością słów, z których wyławiam blanco, czyli biały! W tej sekundzie, mój mózg, gwałtownie przestawiony na poszukiwanie wśród zieleni drzew, białości czegoś, rzeczywiście to coś w mig dostrzega. A owym czymś jest… leniwiec! Może nie jest do końca biały, ale dzięki odpowiedniemu słowu, zamek w mojej głowie zostaje odblokowany, a dyndający uśmiechnięty perezoso, zostaje uwieczniony na fotografii. Przez dłuższą chwilę obserwujemy zastygłe w bezruchu zwierzaki. Tak, zastygłe, bo są nawet dwa. „Prezesy”, ociężale ruszają się dopiero, kiedy ośmielona sukcsesem pani, wraca zza lady i potrząsa wiotkimi drzewkami, na których bytują niecodzienne misiaki. O szczęśliwa chwilo! Nie zatrzymujemy się jednak w tym momencie, a ośmieleni spojrzeniem na zegarek, czym prędzej kończymy nasz posiłek i gnamy… przed siebie.

Pani prowadząca dziecko za rękę okazuje się być godnym zaufania przewodnikiem, jednakże pociecha nie przebiera nóżkami dostatecznie szybko, więc domyślając się, że nasz pojazd do La Pavona, będzie już za następnym skrzyżowaniem, puszczamy się żwawo i uiszczamy z góry opłatę za autobus i łódź. Ostatni tego dnia kołowy środek lokomocji jedzie tym razem przez ogromne plantacje bananów, które – jak wcześniej nakreślił na Karol – wymagają dużo słońca i wody. To pierwsze jest dostarczane naturalnie, a drugie za pomocą gęstej sieci rowów nawadniających. W tych samych warunkach bytowych lubują się również grzyby. Szczególnie te nieszczególnie zdrowe. Jest na to rada – opryski z samolotów! W takiej wybuchowej mieszance wzrastają sobie piękne niebieskie kiście. Dlaczego niebieskie? Bo poowijane w przezroczyste, perforowane worki takiego koloru. W dalszczej części podróży natrafiamy na niecodzienny widok. Zamyka się przed nami szlaban, a przed nami, niczym kolejka gondolowa, przejeżdżają… zwisające torby bananów! Gdy zapora podnosi się, czeka nas jeszcze jedna niespodzianka – leniwiec siedzący na jej końcu. Malec nieoczekiwanie zsuwa się z metalowej bariery i szczęśliwie – choć z trudem – utrzymuje się na niej. Myślę, że chwilowo ulegając sile grawitacji, wykonał niechcący najszybszy ruch w swoim życiu. Otoczeni bananowcami, po równiutkim asfalcie docieramy do końca drogowej przygody i po krótkiej przerwie, podążając za czekającym na nas przewodnikiem, przesiadamy się do długiej łodzi, która wiezie nas bezpośrednio do Tortugero.

Choć na brzegu stoją również inne, we wnętrzu naszego pływadła brak jest siedzeń, więc cała zgromadzona ciżba siada na czym może, a zazwyczaj bezpośrednio na krągłym zakończeniu pleców. Z tego powodu podkurczone nogi trochę mi drętwieją, ale jest to niczym w porównaniu z niezwykłością przeprawy po krętej, płytkiej rzeczce, wśród ptaków, wysokich drzew, bujnych lian i łach, których kształt wskazuje, że bywa tu więcej wody. Nasz sternik ma na dziobie dostępnego wioślarza-popychacza, który wskakuje do wody wtedy, kiedy jest to niezbędne. Nasz capitano, wyraźnie się śpieszy, bo po drodze w sposób iście rajdowy wyprzedzamy kolejne łodzie z turystami.

Na nielicznych prostych odcinkach odgłosy przyrody są zdominowane przez rzężęnie silnika, które przypomina dźwięk pracującej szlifierki kątowej. Gdy obroty są małe, słychać wesołe śmiechy i docinki pod adresem sternika, kierowane przez dwóch miejscowych chłopaków. Kiedy po niespełna godzinie ciągłych wiraży i pchnięć wpadamy do szerokiego koryta rzeki, maszyna zapuszczona na najwyższe obroty chce wyskoczyć z siebie, ale ostatecznie bez awarii dowozi nas do przystani w Tortugero. Tutaj, pokierowani przez naszego przewodnika, kierujemy swoje kroki najpierw do biura wypraw i przepraw rzecznych, a kolejno do hostelu, w którym szczęśliwym trafem dostajemy na na dwa dni na własność czteroosobowe lokum. W tym samym przybytku zjawiają się przed nami współpasażerowie szalonej łodzi, którymi okazuje się dwóch Francuzów i Simon z Niemiec. Z tym drugim zbrataliśmy się szczególnie mocno, a jego pogodne usposobienie, odwaga i ciekawość świata przypadły nam do gustu. Po przechadzce po jedynej uliczce miasteczka idziemy spać, bo czeka nas bardzo wczesna pobudka.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*