/ 7 lipca, 2019/ Kostaryka/ 0 komentarz(y/e)

Szykowaliśmy się na bardzo długi dzień. Budzik zadzwonił już o 5 rano! Choć zazwyczaj wczesne wstawanie odbieram jako karę, tym razem było w pełni uzasadnione i nie trzeba było mnie namawiać do oderwania głowy od poduszki. Wszystko to spowodowane wyjątkową atrakcją – zaplanowaliśmy wycieczkę z przewodnikiem po okolicznych wodach, w celu obserwacji fauny zamieszkującej lokalną dżunglę. Do wyboru były różne opcje, my zdecydowaliśmy się na małą łódkę o napędzie wiosłowym. To zwiększało możliwość bezszelestnego popłynięcia do zwierzaków bez połoszenia ich. W pełnej gotowości stawiliśmy się u bram biura organizatorów o 5:40, by przed wyruszeniem jeszcze załapać się na obiecaną dzień wcześniej kawę. Już kilka metrów wcześniej wyczuliśmy jej atrakcyjny aromat. Niestety, na miejscu okazało się, że gorący napój owszem jest, ale brak… kubeczków. Choć zazwyczaj mamy w plecakach swój podręczny sprzęt, tym razem zakładaliśmy, że nie będzie potrzebny i został w hostelu. Sam zapach musiał nam wystarczyć na najbliższe godziny. No trudno, taka drobnoska nie mogła nam popsuć nastrojów na samym wstępie! Chwyciliśmy w garść przydzielone kapoki i grzecznie wyglądaliśmy przewodnika. Wokół już stał mały tłumek, a minuty mijały.

Około 6:00 zjawił się mężczyzna, z którym spodziewaliśmy się zwiedzać rozlewiska, ale ostatecznie został przydzielony do innych turystów. Tak z kolejnym kwadransem placyk powoli pustoszał, a my nadal czekaliśmy na swoją kolej. To już mniej mi się spodobało, bo przecież mogłam spać piętnaście minut dłużej! Czasu się nie cofnie, a ja nie lubię popadać w złe emocje, więc cierpliwie wpatrywałam opiekuna dla naszej dwójki. W końcu ktoś-tam się znalazł i zostaliśmy skierowani do kasy parku narodowego, za którą czekała na nas łódź. Tu kolejne zaskoczenie, przed nami do zapłaty ustawiło się już kilkadziesiąt innych osób. Znów trochę zamieszania, przecież nasze bilety obejmowały wstęp do rezerwatu. Faktycznie, po chwili zostaliśmy skierowani do innej barierki, poza kolejką. Ze zdumieniem obserwowałam nie zmniejszający się tłok (skąd w tak małej miejscowości aż tyle osób?), gdy między nimi ujrzałam… naszego przewodnika grzecznie czekającego w ogonku. Co raz mniej mnie dziwiło w całej sytuacji. Znów przetasowania wśród opiekunów grup, jeden kupował bilety za drugiego, trzeci odpływał z turystami ówcześnie przydzielonymi czwartemu, a my… nadal staliśmy. Parę minut przed godziną siódmą zasiedliśmy wreszcie na drewnianej ławeczce w jednej z łódek i odbiliśmy od brzegu. Natychmiast ciekawość i ekscytacja zajęły miejsce co raz gorzej skrywanemu niezdowoleniu.

Nasz przewodnik mówił płynnym angielskim, co dawało większe szanse na zrozumienie tego, co nas otaczało. Już po paru machnięciach wiosłem skierował naszą uwagę na pobliskie drzewo. Między liśćmi mieliśmy wypatrywać iguany. Udało się, choć muszę przyznać, że kamuflarz miała doskonały. Później okazy posypały się jak z rękawa – na jednej gałęzi wisiała małpa z gatunku wyjców, do innego pnia przywarł biały leniwiec (podobno schodzi z drzewa tylko raz na tydzień i to w celu… odprowadzenia tego, co zjadł w ostatnim czasie, po czym wraca na dalszą ucztę), na jeszcze kolejnym krzewie jaszczurka-bazyliszek czujnie obserwowała świat.

Znów parę machnięć wiosłami i dziobem prawie uderzyliśmy w brodzącego ptaka, który zdawał się w ogóle nie przejmować naszą obecnością. Za chwilę nad naszymi głowami klekocząco odezwał się tukan, prezentując dumnie pokaźny, barwny dziób. Gdy dogoniliśmy inną ekipę, ta wskazała nam zastygłego w przedziwnej pozie ptaka. Dowiedzieliśmy się, że jest to czapla, która maksymalnie dużą powierzchnię swego ciała ogrzewa w słońcu celem pozbycia się pasożytów z piór. Kilka metrów za nią prężyła się druga, za drugą trzecia, między nimi żerowały nieduże kaczki, a żadne z nich nie obawiało się naszej obecności. Po chwili, za kolejnym zakrętem rzeki, dogoniło nas stado małp – tym razem czepiaków, po angielsku obrazowo zwanych spider-monkey. Szybko zobrazowały nam swoje umiejętności zwinnie przeskakując między koronami drzew, zazwyczaj w ostatnim momencie łapiąc się gałęzi ogonem! Po tym krótkim pokazie nasz przewodnik z tajemniczą miną wpłynął w gęstą, intensywnie zieloną rzęsę wodną. Zaciekawieni spojrzeliśmy za burtę, a tam na powierzchni unosił się kajman! Obfotografowaliśmy go dokładnie – to pierwszy z krokodylowatych, którego spotkaliśmy w naszej podróży!

Po dwóch godzinach, z głowami pełnymi zachwycających obrazków i aparatami cięższymi o kilkaset zdjęć wróciliśmy na brzeg. To nie był koniec przygód, po posiłku postanowiliśmy zwiedzić ten sam park narodowy, tyle, że tym razem od strony lądu, na piechotę. Mogliśmy wejść na zakupionych rano biletach, ale tym razem nikt nas o nie nie prosił. Za furtką szlak rozwidlał się, ścieżka prowadząca w lewo była szeroka i przejrzysta, a dróżka biegnąca w prawo zdawała się rzadko uczęszczana. Oczywiście swe kroki skierowaliśmy w tę drugą odnogę. Tym samym zagłębiliśmy się w gąszcz liści palmowych, lian, ogromnych, kolorowych kwiatów i nieznanych nam dotychczas dźwięków. Nie chcąc połoszyć otaczających nas zwierząt staraliśmy się bezszelestnie stawiać stopy, a co kilka metrów robiliśmy przystanek. Tym razem udało nam się dostrzec kilka gatunków ciekawie ubarwionych ptaków. Jeden z nich wydawał osobliwe odgłosy, które nawet postaraliśmy się uwiecznić w pamięci telefonów komórkowych. Już wiemy, że autorem treli był montezuma.

Po półgodzinnej przechadzce natrafiliśmy na powalone drzewo, za którym ścieżka wyglądała już na niedostępną. Przed wyruszeniem naczytałam się o jadowitych wężach czekających na turystów, co zdecydowało o naszym odwrocie i podążeniu na częściej odwiedzany szlak. Tym razem nasze starania przyniosły efekt i na dróżce przed nami zobaczyliśmy zwierzę przypominające skrzyżowanie świstaka z królikiem, a za nim kicającją jego małą kopię. Niestety, w tym momencie dało się słyszeć głośne rozmowy i śmiechy przed nami, co spłoszyło stworzonka. Gwar pochodził, jak się okazało, od poznanych ubiegłego wieczoru młodych Hiszpanek. Opowiedzieliśmy im o tym, co zobaczyliśmy, po czym każdy poszedł w swoją stronę. W zasadzie my zostaliśmy w tym samym punkcie z nadzieją, że zwierzątka wrócą. Naszykowaliśmy też aparat, by zwiększyć ewentualne szanse uchwycenia okazów. Tym razem mieliśmy szczęście. Matka z młodym postanowiła jednak przekroczyć ścieżkę, a czyniła to na tyle niespiesznie, że udało nam się złapać ich obraz. Późniejsze studiowanie tematu wyjawiło, że spotkaliśmy aguti!

Powodzenie w polowaniu zwiększyło naszą czujność i ostrożność i jeszcze mocniej spowolniło spacer. Dzięki temu po kilku godzinach do galerii egzotycznej dołączyły liczne wizerunki jaszczurek, w tym kilku szarych bazyliszków.

Głód nam doskwierał co raz mocniej, zdecydowaliśmy się więc na powrót, tym razem po piasku. Szeroki pas plaży przyległej do Oceanu Atlantyckiego jest znany jako miejsce lęgowe licznych gatunków żółwi. Przypomniałam sobie o tym niezwłocznie i z nadzieją szukałam oznak bytności tych gadów. Niby wiedziałam, że to zupełnie nie ta pora roku, ale jakoś udzieliła mi się miłość to tych stworzeń. Najbardziej zależało mi na zobaczeniu okazu z Galapagos, ale po doczytaniu, że występujący tu żółw skórzasty jest największym z obecnie żyjących gatunków, zdecydowałam, że „zadowolę” się i nim. Kto wie, może i spotkaliśmy go już przy jednej z karaibskich wysp, ale nie będąc tego pewną nie zaliczyłam próby jako udanej. Niestety, żadnemu z gadów nie pomyliły się daty i żaden nie zawitał w odwiedzane przez nas miejsce. Na szczęście nie poskutkowało to moim niezadowoleniem z wycieczki, tylko kontynuacją marzenia o wyspie na Pacyfiku. Nasz marsz po piasku urozmaicały liczne, żółte kraby trwożnie wyglądające ze swoich jamek i chowające się po dostrzeżeniu jakiegokolwiek ruchu w okolicy. Aby cyknąć im zdjęcie musieliśmy zastygnąć w jednej pozie z okiem w wizjerze, ale udało się. Ponadto uwieczniliśmy kilka ptaków obdarzonych długimi, wąskimi dziobami. Zaciekawiło nas, że wytrwale biegały po miejscach, z których dopiero co cofnęła się fala. Prawdopodobnie polowały na naszych żółtych, sześcionożnych przyjaciół…

Umęczeni wielogodzinnym spacerem w końcu dotarliśmy do ścieżki prowadzącej do naszego hostelu. Tu napotkaliśmy chyba jedyny mechaniczny pojazd kołowy należący do policji. Patrol jechał najprawdopodobniej na rutynową kontrolę plaży. Wieczór znów spędziliśmy z poznanymi dzień wcześniej młodzieńcami z Francji i Niemiec. Do północy prawie graliśmy w karcianą grę losową opierającą się na koncentracji i refleksie o roboczej nazwie „Four is floor, seven is heaven”. Jej tytuł może Wam zasugerować, na czym polegały jej zasady, dodam tylko, że najsłabszy gracz karany był… obowiązkową kolejką 🙂

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*