/ 3 sierpnia, 2019/ Kostaryka/ 0 komentarz(y/e)

Gdy wróciliśmy z Tortugero, nasz wyjazd do Guanacaste był już potwierdzony, czekaliśmy jedynie na konkretny dzień. Weekend poświęciliśmy więc na przegląd posiadanego sprzętu i decyzje, co zabrać ze sobą, a czego nie. Zadanie utrudniał fakt, że nie wiedzieliśmy, na jak długo się przenosimy, ani co będziemy robić w nowym miejscu. Skutek był taki, że w plecaki wpakowaliśmy 90% naszego dobytku, a nieliczne resztki zostawiliśmy „na przechowanie”.

W sobotę wieczorem uczestniczyliśmy w bardzo symaptycznym spotkaniu z czworgiem Polaków na stałe mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Atmosfera była na tyle miła i wesoła, że jeszcze jeden gość postanowił do nas dołączyć. Spod szafki pod telewizorem wybiegł… malutki skorpion. Pierwszy widziany przez nas „na żywo, w naturze” zasłużył na profesjonalną sesję zdjęciową, a następnie odprowadziliśmy go do drzwi. Tam kulturalnie i w dobrych stosunkach pożegnaliśmy się. Już teraz Wam zdradzę tajemnicę, że mimo szerokiej obecności tych skorupiaków na terenie Kostaryki to był jedyny okaz, który nam się ukazał w warunkach domowych!

Ostatnią niedzielę przed rozstaniem na nieco dłużej przeznaczyliśmy na kolejny spacer po okolicy. Tym razem postanowiliśmy przejść się ścieżką dotychczas Agacie nieznaną. Uzbrojeni w butelki z wodą, dziarskim krokiem podążyliśmy za naszą energiczną przewodniczką. Po ostrym zejściu znaleźliśmy się obok rzeczki, na której okoliczni mieszkańcy zorganizowali sobie… dziki basen. Zagospodarowana została głębsza część koryta poprzez ustawienie niewysokiej tamy. Powstały zbiornik miał wielkość około pięć na pięć metrów i głębokość wystarczającą do oddawania skoków „na bombę”. Miejsce zgromadziło wiele mieszkającej w okolicy młodzieży, rodziny z dziećmi i pary zakochanych. My nie zdecydowaliśmy się na kąpiel, tylko skręciliśmy w dróżkę tym razem pnącą się w górę. W oddali, po lewej stronie widzieliśmy zabudowania należące do sąsiedniej miejscowości. Zastanawialiśmy się, czy nasza trasa nas tam zawiedzie, czy nieoczekiwanie skręci. Po dłuższym marszu zorientowaliśmy się, że szlak prowadzi nas w innym kierunku. W dole dostrzegliśmy wijącą się ścieżkę, której tor pokrywał się z naszym. Założyliśmy, że drogi wkrótce połączą się i wrócimy doliną. Po kilku kilometrach nasze założenie znów okazało się błędne. Wąski przesmyk, w który skręciliśmy, po kilkuset metrach skończył się doprowadzając nas na pole kawy. Nie chcąc wracać zaczęliśmy przedzierać się przez zarośla. Po drodze minęliśmy mały domek, który wyglądał na opuszczony, przed nim sukę ze szczeniakami, kawałek dalej natknęliśmy się na krowy, aż wreszcie udało nam się wyjść na prawidłową ścieżkę. Już tylko musieliśmy minąć opisany wyżej basen, wdrapać się po stromiźnie, przejść kilkaset kolejnych metrów pod górę i godzinę później dotrzeć pod dom. Resztę dnia przeznaczyliśmy na odpoczynek, ostatnie sprawdzenie, czy wszystko zabraliśmy i oglądanie serialu.

W poniedziałek nadeszła informacja, że kolejnego dnia możemy ruszać. Urządziliśmy burzę mózgów, co można jeszcze po drodze zwiedzić. Ponieważ Agata i Karol dosyć dobrze znali już okolice Guanacaste, zdecydowaliśmy się na dwa krótsze przystanki w nowych rejonach. Pierwszy punkt przewidywał wizytę na wiszącym nad kanionem moście. Zanim do nich dojechaliśmy, Karol zdecydował się na krótki przystanek na poboczu. Spowodowała to informacja o sprzedawanym tu Vino de Coyol. Słyszeliśmy już wcześniej o tym niecodziennym napoju, a teraz trzymaliśmy w rękach schłodzoną butelkę po jednym z gazowanych napojów, wypełnioną sfermentowanym sokiem z palmy. Agata odmówiła degustacji tłumacząc, że ten wyrób jej nie smakuje, a nam, jak wszystko co nowe, całkiem przypadł do gustu! Orzeźwieni, z niecierpliwością zaczęliśmy wypatrywać pierwszej z zaplanowanych atrakcji.

Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, dlatego bardzo pozytywnie zaskoczyło nas miejsce, do którego dotarliśmy. Zatrzymaliśmy się w położonym na skraju malowniczego kanionu ośrodku wypoczynkowym, który oferował różnorodne aktywności. Jedną z nich była kładka kołysząca się na linach nad przepaścią. U wejścia zobaczyliśmy ciekawie przygotowaną ściankę wspinaczkową – w naturalną skałę zostały wkręcone dodatkowe sztuczne kamienie. Zainteresował nas fakt braku jakiejkolwiek drabinki z dolnej platformy na samą górę. Świadczyło to tym, że śmiałkowie, którzy zdecydowali się podjąć wyzwanie, po zjechaniu na linie nie mieli innego wyjścia, jak wrócić przy pomocy chwytów.

Na końcu mostu czekała kolejna niespodzianka, tym razem w postaci stadniny koni obejmującej kilkanaście wierzchowców. Akurat trafiliśmy na grupę osób szykującą się do wycieczki na grzbietach tych wdzięcznych zwierząt. W drodze powrotnej przez kładkę, w dole ujrzeliśmy przybijające do brzegu pontony. Okazało się, że na miejscu można również wykupić udział w raftingu. Przez chwilę nawet rozważaliśmy tę opcję, ale uznaliśmy, że niski poziom wody w czasie pory suchej nie gwarantuje wystarczającej dawki adrenaliny. Dalsza eksploracja terenu doprowadziła nas do centrum spa z naturalnymi basenami, a nawet do tyrolki nad kanionem! Zachwyceni różnorodnością oferty zaopatrzyliśmy się w ulotki ośrodka, gdybyśmy w przyszłości chcieli skorzystać z jego usług. Teraz jednak była pora ruszać w dalszą drogę, bo zaplanowaliśmy jeszcze wizytę w parku Palo Verde.

Tuż przed wjazdem na ostatni, szutrowy odcinek, którym mieliśmy pokonać kilkadziesiąt kilometrów, zatrzymaliśmy się na kawę. Wszystko wskazywało na to, że bar dopiero się otwierał, ale pan przyjął nasze zamówienie. Minęło pięć, dziesięć, piętnaście minut, a my nadal czekaliśmy na upragniony napój. Nieco zaskoczeni obserwowaliśmy, co też zajmuje mężczyznę. Dostrzegliśmy, że coś przygotowuje w kuchni. Niezbyt pozytywnie odebraliśmy fakt, że nasza obecność została zlekceważona i zamiast zaparzenia zmielonych ziaren właściciel przygotowuje się do kolejnych wizyt. Jakież było nasze zdziwienie, gdy nareszcie pan przyniósł nasze kawy oraz… talerz wypełniony pachnącymi empanadami! Pierwszy raz mieliśmy z Pawłem okazję skosztować tych regionalnych, smażonych pierogów z mąki kukurydzianej wypełnionych farszem fasolowym. Bardzo nam przypadły do gustu, a Agata przyznała, że te są wyjątkowo smaczne. Po spałaszowaniu nieoczekiwanego poczęstunku pochwaliliśmy mężczyznę za bardzo udany smakołyk. Ten, ucieszony przyznał, że receptura jest bardzo prosta i na miejscu zaprezentował nam całe wykonanie! Bogatsi o nowy przepis wpisaliśmy go na stałe do naszego menu. Tego samego dnia zaopatrzyliśmy się w specjalne deseczki ułatwiające lepienie empanad. Wkrótce mogliśmy zaliczyć to danie do pokazowego repertuaru Pawła, który wyjątkowo dobrze wyszkolił się w jego przygotowaniu.

W tym samym miejscu dowiedzieliśmy się, że park, który chcieliśmy odwiedzić, o tej porze roku jest wyjątkowo mało atrakcyjny i nie warto jechać. Szybko zdobyliśmy informację, czym zapełnić lukę i ruszyliśmy w stronę Rincón de la Vieja. Dotarliśmy na niewielki, leśny trakt, na trasie którego znajdowały się cztery wodospady. Pierwszy napotkany basen był niewielki, ale brak innych turystów oraz wszechobecna zieleń czyniły miejsce atrakcyjnym. Każdy kolejny punkt widokowy był większy od swojego poprzednika. Przy ostatnim zdecydowaliśmy się na wspólne zdjęcie. Mnie zachęciło pochyłe drzewo, by zapozować na jego pniu, ale po pierwszej próbie Agata z Karolem musieli mnie ratować z niewygodnej, na wpół zsuniętej pozy (mój mąż w tym czasie pękał ze śmiechu i… dokumentował zajście). Za drugim podejściem wszyscy wybraliśmy postawy tradycyjne 😉 Po powrocie ze ścieżki zainteresowała nas jeszcze znajdująca się nieco wcześniej tablica informacyjna. Wynikało z niej, że po drugiej stronie drogi znajdują się naturanle, błotne baseny. Cały teren został zagospodarowany, a od kąpieliska dzielił nas szlaban, budka bieltowa i szatnie. Zagadnęliśmy wychodzącego mężczyznę o atrakcję. Pan był zadowolony z wypoczynku, dowiedzieliśmy się, że w cenie biletu otrzymuje się plażowy ręcznik i nieograniczony czas kąpieli. Jako, że słońce już zamierzało ku zachodowi, a na nas czekali nowi gospodarze, nie zdecydowaliśmy się na wejście.

Dlasza droga przebiegała bez dodatkowych emocji, wystąpiliśmy jeszcze do marketu po prowiant (to tu kupiliśmy deseczki do lepienia empanad) i po długim dniu nareszcie dotarliśmy do tabliczki „Born To Be Wild”. Za bramą zostaliśmy serdecznie powitani i po rozgoszczeniu się na terenie ośrodka skierowaliśmy swe kroki do wspólnego stołu. Tu rozpoczął się bardzo długi wieczór okraszony przysmakami z grilla, wesołymi opowieściami i… łuną płonącego lasu po przeciwnej stronie drogi. Dowiedzieliśmy się, że w tej okolicy bardzo często dochodzi do niekontrolowanego rozproszenia ognia. Spowodowane jest to zwyczajem mieszkańców, którzy pozbywają się śmieci metodą podpalenia. Niestety później nie pilnują stworzonych przez siebie „ognisk”, które w porze suchej znajdują sobie bez problemu nową pożywkę i wędrują w dowolnie obranym przez siebie kierunku. Jest to zjawisko tak popularne, że straż pożarna opieszale reaguje na zgłoszenia i często podjeżdża na miesce zdarzenia zwykłym samochodem osobowym, obserwuje okolicę i…. odjeżdża. Choć sąsiadujący z nami pożar nie dawał nam poczucia bezpieczeństwa, to bezsprzecznie stworzył piękny obraz, nieco przypominający wypływającą z krateru lawę. Zmęczeni ilością wrażeń zasypialiśmy przy wtórze trzaskających w ogniu gałęzi i zapachu palonego drewna.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*