/ 15 października, 2019/ Kanada/ 0 komentarz(y/e)

Dzień 60

8 października 2019

Niedługo przestanę wspominać, że w nocy wiał wiatr, choć i tak było minionej. W końcu jeździmy jesienią po atlantyckich prowincjach Kanady, więc tego można było się spodziewać. Mimo wszystko wczorajsze chmury na coś się przydały, bo zatrzymały nieco ciepła. Rano nawet Kiwan nie był zaparowany tak bardzo jak zwykle. Robimy drugie podejście na Comfort Station, którą odwiedziliśmy zeszłego wieczora. Będąc przekonany, że ostatnie z czterech drzwi (w pierwszych przez okno widziałem tylko poczekalnię z kaskami hokejowymi) to wejście do kabiny prysznicowej, które było zamknięte, udaję się po radę do budynku obok. W sortowni śmieci, bo tutaj trafiłem, zostałem poinformowany, że to niemożliwe, aby ktoś niecnie zabronił wstępu do środka. Dodatkowa wskazówka nakazała sprawdzenie pierwszej klamki. Ze zdumieniem stwierdzam, że wąski korytarz za automatem do puszek zawiera po dwie pralki i suszarki oraz pokój kąpielowy z prysznicem na monety.

W sklepie nieopodal rozmieniam pieniądze, aby mieć więcej loonies w garści. Jednodolarówki zapełniają odpowiednie przegródki w każdym z urządzeń i zaczynam stoperem odmierzać czas. Żona w kąpieli, a ja suszę ubrania. Dopiero po starcie cyklu orientuję się, że serwetka leżąca na automacie zawiera informację dla użytkowników. Out of order. Przecież wiruje. Może ktoś przełożył z drugiej na tę? Odpowiedź przychodzi po dwudziestu minutach, a ja przekładam ciuchy z jednej do drugiej maszyny. W międzyczasie udaje mi się jeszcze skorzystać z prysznica, bo piętnaście mintut wystarcza na nas dwoje.

Przylegające boisko do koszykówki i dostępność dobrze napompowanej piłki wykorzystuję do porannego rozruszania się po wczorajszym biegu za Dominiką. Jeden rzut – pudło. Druga próba – chyba stoję za daleko. Trzecia – dodaj nogi do rzutu. Czwarty… Krzysiek nie byłby ze mnie dumny. Chyba w Olecku trochę lepiej mi szło, a może właśnie tak samo? Że w końcu do ośmiu razy sztuka, to udaje mi się osiągnąć zamierzony cel. Gdy spostrzegam kamerę wpatrzoną w boisko uśmiecham się tylko do niej i do siebie na myśl, że w tym roku trener na mnie nie postawi. Nie będzie mnie w wyjściowej jedenastce… Pozostaje się tylko cieszyć, że oszczędzamy znowu parę groszy, bo za cenę prysznica dla jednego delikwenta w Parku Narodowym, czystych wspomnianych jest dwoje, a i pranie suche. Jedziemy dalej, a jakże, przejść się nieco.

Pierwszy szlak jest krótki, bo lekko ponad pięcio-kilometrowy, ale za to obecność słońca rzuca nieco światła na otaczającą nas przyrodę. Ciężko wypisać wszelkie kolorystyczne wariacje, którymi raczy nas jesień. Jesteśmy zachwyceni tym bardziej, że zeszłoroczna nas minęła. W pewien sposób nawet przed nią uciekaliśmy na południe Europy, a później na Kanary i Karaiby. Najprawdopodobniej dlatego chce nas urzec podwójnie – ze swoją złotą-polską siłą i kanadyjską uroczą kuzynką.

W drodze na główny punkt dzisiejszego programu zatrzymujemy się jeszcze w Green Cove. Rumowisko głazów tworzy niewielki cypel, który wcina się w zatokę, co tworzy przyjemny dla oka krajobraz. Choć „szlak” ma tylko dwieście metrów długości (i to w dwie strony), to wielu amatorów fotografii zatrzymuje się choć na moment, aby uchwycić swój obraz. Stojąc dłużej na końcu naturalnie utworzonego pirsu możemy obserwować kolejne grupki przy- i odchodzące. Wracając zastanawiamy się tylko skąd się bierze zielony kolor w nazwie zatoczki. Może nie jedynie tym. Obecność wielkiego busa-kampera z Kaliforni robi na nas wrażenie. Patrząc, że wewnątrz podróżują tylko dwie osoby Dominika przekornie stwierdza, że jest „aż za duży”.

Druga z naszych pieszych przebieżek zwiera w sobie wszystko, czego dzisiaj potrzebujemy. Zmęczenie po wczorajszych kilometrach daje już o sobie znać, ale jeszcze w nogach jest energia, która teraz zostaje spożytkowana na strome podejścia. W górę i w górę. Kijki trekkingowe zaopatrzone w gumowe końcówki ledwo dają znać otoczeniu o swojej obecności. W pewnym momencie pochylenie jest tak strome, że park sfinansował postawienie dość długich schodów. Tak docieramy na pierwszy punkt widokowy, który wynagradza nam pierwsze trudy.

Później, nieco wolniej, przemierzamy kolejne zygzaki i po następnych dwóch kilometrach docieramy na szczyt. Ustawione charakterystyczne, czerwone krzesło świadczy o zastanym właśnie „Punkcie widokowym specjalnego przeznaczenia turystycznego. Należy podziwiać.” Ponieważ mebel jest jeden, a nas dwoje, wykorzystujemy jego obecność jako element mocowania naszego elastycznego statywu do aparatu. Kolejne zdjęcia wywołują w nas nieprzerwaną chęć wykonania nowej pozy. Najbardziej przypadła mi jednak wersja pt. „Dwie jaskółki, w tym jedna chwiejna”.

Cieszymy się, że teraz już „z górki”. I rzeczywiście, nie musimy już omijać korzeni drzew, przekraczać strumieni i w błotnych pułapkach szukać wyjścia, by nie zamoczyć kostek. Szersza ścieżka jest wysypana częściowo widocznym jeszcze jasnym żwirem, który dodaje uroku, ale naraża na poślizg. Jednak nie obawa przed utratą przyczepności podeszw wstrzykuje w krwioobieg wyraźną dawkę adrenaliny.

Ścieżka. Żwirek. Idziemy noga za nogą i kijek za kijkiem. Nawet chwilę wcześniej dyskutujemy, że gdyby pojawił się krewki łoś, ot powiedzmy taki, przed którym otrzegano na szlaku Skyline wczoraj, to trzeba schować się z drugiej strony drzewa niż jest rogacz. Lub scenariusz drugi – kojot. Tego z kolei należy przestraszyć samemu nie okazując cienia obawy, udawać większego niż się jest i głośno domagać się od niego opuszczenia miejsca spotkania. Nagle w krzakach tuż przed nami coś jakby głośno sapie. Albo macha skrzydłami? Może chory łoś? Nigdy nie słyszeliśmy charczenia niedźwiedzia, więc może to on? Cofamy się przestraszeni, Dominika opracowuje naprędce miejsca schronienia, a ja piłką w scyzoryku (nomen omen, nazywanym przeze mnie „nożem na niedźwiedzia” od czasów gimnazjum) ścianam pokaźnych rozmiarów gałąź. Tak zaopatrzony idę już nie jako ofiara, ale napastnik. Odwagi mi przybyło choć nogi jeszcze waciane. Z głośnym „no, pokaż się!” idę w stronę, z której dobiegał dźwięk. Nie wiem kto był zdziwiony bardziej w momencie odkrycia parawanu z gałęzi, a rodem z „Randki w ciemno”. Czy ja czy… drapieżny ptak. Ten, na mój śmiały atak, nawet nie ruszył się z miejsca, tylko zaskoczony obserwował maskaradę. Odkrycie przeciwnika hamuje impet mojego natarcia, ale nie jestem pewien co owo majestatyczne stworzenie robi tuż przede mną na ziemi. Zanim do mózgu dociera impuls, że zwierze może być chore, to ono – nie zważając na image, wycofało się w gęsty las iście kurzą manierą. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć z emocji, a przed nami przez drogę przechodzi jakiś duży kot! Na pewno nie był to lis (chyba, że bajkowy Witalis), a w szczęście zobaczenia tak ostrożnego zwierzaka jak ryś samemu nie chce mi się wierzyć. To, co ukazało nam się jako drugie, pozostanie zagadką.

Po dotarciu do Kiwana przejeżdżamy jeszcze pod jedną, krótką, widokową trasę, ale z uwagi na prowadzone prace jest ona zamknięta. Mając w planach zobaczyć polecane przez Johna muzeum Alexandra G. Bella w Baddeck, przenosimy się do wspomnianego miasta. Końcówka naszej trasy jest połączeniem skupienia Dominiki na pokonywaniu samochodem kolejnych stromych serpentyn i żywego płomienia barw, który roztacza przed nami jesień. Malownicza droga Cabot Trail jest uznawana za jeden z najpiękniejszych przejazdów, który w sezonie jest chętnie „zaliczany” przez motocyklistów. My po drodze zatrzymujemy się jeszcze na obiad i pod wieczór docieramy do miasta, w którym mieszkał słynny wynalazca.

Ciekawostka na koniec dnia. Moja żona, niestrudzona w kuchennych syzyfowych pracach dzisiaj po raz drugi piecze… bułki! Tak, na dwupalnikowej kuchence zasilanej propanem da się upiec ciasto drożdżowe, które smakiem przypomina zapomniane już w większości miejsc, a charakterystyczne dla mojego dzieciństwa „bułki z przedziałkiem”. O niebo lepsze niż „dmuchane” pieczywo z supermarketu.

Dzień 61

9 października 2019

Chłodny, ale słoneczny poranek zapowiada piękny dzień. W nocy najwyraźniej było chłodno, bo jesteśmy dokumentnie zaparowani od wewnątrz. Na szczęście samochodowa klimatyzacja wspomaga nas w suszeniu. Chwilę po otwarciu muzeum poświęconego Alexandrowi Bellowi jesteśmy przy kasie biletowej. Zaledwie kwadrans później zaczyna się krótka prezentacja postaci sławnego wynalazcy, po czym całość ekspozycji jest do naszej dyspozycji. W pierwszej sali kolejne tablice prowadzą nas nie tylko wgłąb postaci, ale dają też możliwość poznania szerokiego kontektstu rodzinnego, który wpłynął na jej życie. Najbliższe otoczenie w mocny sposób ukształtowało życie wizjonera, któremu przyszło żyć i „ścigać się” z takimi tuzami świata nauki, jak Eddison czy Marconi.

Pierwsza część ekspozycji Sound and silence, opowiada o pracy ojca z osobami niesłyszącymi i o matce tracącej słuch, gdy młody chopiec miał zaledwie dwanaście lat. Wszechstronnie uzdolniony chłopak między innymi samodzielnie budował niewielkie maszyny, grał na pianinie czy zbierał szkielety niewielkich zwierząt. Faktem jest, że wpływ rodziców popycha go w stronę pracy z głuchymi, ale zainteresowanie naukowym podejściem do poznawania świata przynosi mu dopiero roczne mieszkanie z dziadkiem – profesorem akademickim w Londynie. Jak sam wspomina po latach, dopiero tam okrzepł i stał się mężczyzną. Gdy tato – Melville z sukcesem publikuje uniwersalny system zapisu fonetycznego Visible Speech, Alexander z sukcesami używa tego narzędzia podczas pracy z niepełnosprawnymi. Pokoleniowe zaangażowanie rodziny w zagadnienia dźwięku oraz ogromna ciekawość świata miały decydujący wpływ na zainteresowanie możliwością przesyłania dźwięku na odległość. W czasie, gdy świat pracuje nad dupleksowym telegrafem, Alexander po pierwszych nieudanych próbach na wynalazkiem wypowiada historyczne zdanie do swojego asystenta: „Panie Watson, proszę do mnie przyjść!”.

Międzynarodowy patent przynosi Bellowi ogólnoświatową sławę oraz zabezpiecznie finansowe. To zostaje wykorzystane na popularyzację nauki oraz finansowanie kolejnych eksperymentów. Wśród ciekawszych można wymienić fotofon – urządzenie umożliwiające konwersję dźwięku na światło i odwrotnie. Wynalazek nie znalazł jednak entuzjastów ze względu na trudności technologiczne i… pogodowe. Po chwili dociera do mnie fakt, że ta sama idea została wykorzystana w… dzisiejszych światłowodach, które z kolei przesyłają informacje nawet na kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Angażując się w prace nad samolotem, odkrywca fascynował się wykorzystaniem latawców i latami niestrudzenie eksperymentował z przeróżnymi kształtami i rozmiarami. Jego pasja wniosła znaczący wkład w konstrukcję kilku maszyn, które bezpiecznie wystartowały i wylądowały. Wraz z czteroosobowym zespołem, jako naturalizowany Kanadyjczyk, zdobył nawet w USA prestiżową nagrodę za przelot na dystansie kilometra. Ich maszyna bije w tym czasie na głowę konkurencję, osiągając wynik ponad pół kilometra dłuższy.

Kilkunastominutowy film o pracy Bella nad maszynami cięższymi od powietrza opowiada ciekawą historię pracy, pasji i zabawy. Lata spędzone nad latającymi prototypami twórca wspomina jako najlepszy czas w jego życiu. W całej ekspozycji wielokrotnie podkreślany jest również znaczny wkład żony wynalazcy. Dziesięć lat młodsza od niego uczennica wniosła w jego życie miłość, uporządkowane prowadzenie znacznego majątku w kanadyjskiej Nowej Szkocji oraz okazywała pełne wsparcie dla pomysłów męża.

W ostatniej, największej sali prezentowane są artefakty, które stworzył Alexander oraz repliki największych i tym samym najbardziej spektakulnych jego dzieł. Silver dart – Sebrna strzała wisi nad naszymi głowami. Co ciekawe, ta kopia – nieznacznie zmieniona w celu dostosowania jej do kanadyjskich standardów bezpieczeństwa – kilkakrotnie wzbiła się w powietrze parę lat temu podczas pokazów lotniczych. Robią na nas wrażenie również pokaźnych rozmiarów wodoloty, które w pierwszych dekadach ubiegłego stulecia biły rekordy prędkości po wodzie. Drewniany kadłub, choć mocno zniszczony, jest największym oryginalnym zachowanym tworzywem.

Mimo wielu zainteresowań, Bell w ciągu całego swojego życia pracował z osobami niesłyszącymi. Na nas robi wrażenie jeszcze jeden fakt. Stworzona przez Alexandra pierwsza automatyczna centrala telefoniczna nie zostaje przez niego opatentowana. Na pytanie dlaczego nie chce zabezpieczyć wynalazku, odpowiedział, że „dziesiątki biednych telefonistek straciłyby pracę”.

Pełni wrażeń przenosimy się pod centrum informacji turystycznej i snujemy plany na dalszą część dnia. W końcu, po uzgodnieniu z Pauliene i Rickiem miejsca spotkania odpalamy silnik. Dużo niższe ceny paliwa robią na nas pozytywne wrażenie, a długi przelot autostradą zwiastuje niskie spalanie. Do Truro mamy trzy godziny jazdy, ale w międzyczasie robimy jeszcze dwa postoje – na obiad i zakupy. Warto nadmienić, że dopiero po przejechaniu mostu nieopodal Port Hawkesbury wracamy na północnoamerykański kontynent. Cape Breton Island była bowiem kolejną odwiedzoną przez nas kanadyjską wyspą.

Po zmroku dojeżdżamy na parking pod tajemniczo brzmiącym punktem Tidal Bore Visitor Centre. Nasi holenderscy znajomi są już na miejscu. Bardzo się cieszymy, że po trzech tygodniach osobnej jazdy, udaje nam się zgrać grafiki. Teraz jednak zastanawiamy się czym jest owo tidal bore, bo nikt z nas do końca nie ma pojęcia czego się spodziewać w tym miejscu. Wiemy tylko, że niecodzienne zjawisko występuje dwa razy dziennie i ma związek z pływami.

Wpół do jedenastej w nocy ustawiamy się na ruinie betonowego przyczółka nieistniejącego mostu. Duża lampa jest skierowana bezpośrednio w stronę rzeki. Nie jesteśmy pewni, ale chyba nie była zapalona, kiedy się zjawiliśmy. Czekamy, a ciszę przerywają tylko odgłosy kaczek. Czy one też oczekują na spektakl? W końcu, jest! Kilka stromych i krótkich fal pędzi blisko siebie w górę rzeki. Pod prąd przesuwają się z wyraźnym szumem i zwiastują początek przypływu w Bay of Fundy. Królowa wszystkich zatok szczyci się największym skokiem wody na świecie. Różnica pomiędzy przypływem a odpływem wynosi bowiem nieco ponad… szesnaście metrów! Niewiele miejsc na świecie może pochwalić się również takim „tidal borem”, ponieważ musi być spełnione wiele warunków, aby mogło ono zaistnieć. Jutro chcemy zobaczy je jeszcze raz – w dziennym świetle – i zrobić zdjęcia.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*