/ 13 grudnia, 2019/ Kanada/ 0 komentarz(y/e)

Dzień 75

23 października 2019

Do Warsaw Caves mamy tylko dwie godziny jazdy. Dość wcześnie zaczynamy dzień obserwując, jak w zaparowanym samochodzie stojącym po drugiej stronie parkingu, swój poranek rozpoczyna inny podróżnik. Machamy do siebie przyjaźnie, po czym ruszamy do miejsca, które wczoraj znalazła Dominika. Intryguje nas nazwa jaskiń. Skąd polskie korzenie? Do jakich podziemi naszej stolicy nawiązują? Chcemy rozwikłać zagadkę.

Boczne drogi prowadzą nas częściowo asfaltem, a częściowo po żwirze. Na szczęście nie są to już dziesiątki, czy też setki kilometrów, tak jak na Labradorze. Znak przy wjeździe na parking głosi: „Warsaw Caves Conservation Area”. Czyli warszawskie jaskinie są faktem i nie istnieją tylko na mapach w internecie. Zaciekawieni opuszczamy samochód, uzbrojeni w latarki, aparat i obiektywy. Duży teren przed wejściem w las jest czysty i opisany na tablicy informacyjnej. Pod nią w blaszanym pojemniku umieszczono nawet papierowe mapki. Korzystamy z jednej z nich i po zaledwie kilkunastu krokach docieramy do pierwszej kawerny. Właściwie spacerujemy po porośniętej drzewami, płaskiej powierzchni złożonej ze skał poprzecinanych prostopadłymi pęknięciami. Co chwilę pod nogami wyłaniają się niewielkie otwory, a sześć największych z nich opatrzono kolejnymi numerami. Nie znamy topografii wnętrza, więc nie decydujemy się wejść do otchłani tych naturalnych podziemi, które wydają nam się najbezpieczniejsze. Kamienie są śliskie i nie chcemy ryzykować wpadką w ostatnim dniu naszej wschodnio-kanadyjskiej trasy. Pętlę „Kiwanem w Kanadę” mamy zamiar zamknąć cali i zdrowi.

Z trzech odwiedzonych przez nas zakamarków najciekawszy wydał się ten z numerem „sześć”. Długi, foremny, podziemny korytarz ma aż cztery wejścia, w tym jedno przypominające naturalnie uformowane schody. Wewnątrz niewielkiej „fortyfikacji” spędzamy tak dużo czasu, wałęsając się w obu kierunkach, że mimo niewielkiej ilości innych ludzi w obrębie parku, mamy gości w naszej piaskowcowej kryjówce. Miejsce od razu traci prywatny charakter, dlatego opuszczamy je w poszukiwaniu innej atrakcji tego terenu – skalnych garnków. Garnków? Już tłumaczę!

Jeżeli wierzyć geologom, przez te tereny wody Jeziora Algonquin (praojca Wielkich Jezior) przepływały do Jeziora Iroquois. Zasilane topniejącym lodowcem kaskady rzeźbiły w miękkim wapieniu dzisiejsze jaskinie, a porywane z prądem okruchy kamieni twardszych niż macierzysta skała – wspomniane garnki. Dziwi tylko ich regularny, okrągły kształt. W sukurs przychodzi teoria tłumacząca, że wspomniane ziarna trafiały w wiry, w których tkwiły uwięzione na dni bądź nawet tygodnie i żłobiły owe misy. Ciekawe jednak, jakim zjawiskom zawdzięczamy dziury w nieutwardzonych, żwirowych drogach Kanady. Czy tu też można obwiniać „globalne ocieplenie”? Rozbawieni, głowami pełnymi quasi-naukowych dywagacji, idziemy jeszcze spojrzeć na świat z lotu ptaka. Rzeczywiście, punkt widokowy jest zlokalizowany bardzo wysoko nad rzeką płynącą wąwozem daleko pod naszymi stopami. Jedynie wysokie drzewa przed nami nieco przysłaniają przestrzeń. Po zamknięciu pętli pieszego szlaku trafiamy jeszcze na niewielki strumień, w którego górę idziemy środkiem, po kamieniach. Rzeczka ginie w pewnym momencie pod gruntem, a o jej obecności świadczy tylko jednostajny szum wydobywający się z wnętrza.

Ostatnie pół godziny spaceru ma liryczną nutę. W mijanym drzewie dostrzegamy dziuplę, a w jej wnętrzu, na korze brzozy, napisany wiersz. Po jego lekturze odkładamy znalezisko na swoje miejsce i idzemy do naszego jeżdżącego mieszkania. Z marszu zajmujemy się przygotowaniem posiłku i kawy, po czym ruszamy Kiwanem dalej – na północny zachód, w stronę Meaford. Okarążamy jezioro Simcoe i zatrzymujem się na moment w Wasaga Beach. Najdłuższa plaża na świecie położona nad zbiornikiem słodkowodnym jest dzisiaj wietrzna i pusta. Na niebo coraz szybciej nadciąga wieczorna szarówka. Pas piasku nad jeziorem Huron robi duże wrażenie swoją rozciągłością. Krótka fala rozbija się o wąski brzeg. Kończy się październik, co czujemy na niedostatecznie osłoniętych ciałach. Chłód wieczora robi swoje i przegania nas w stronę naszego wiernego towarzysza podróży. Jesienna aura, niczym odpowiednio dobrana filmowa scenografia, spina klamrą kolejną część naszej wyprawy. Jesteśmy z powrotem na farmie u Anastasii po pokonaniu samochodem dobrze ponad 15 tysięcy kilometrów!

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*