/ 24 grudnia, 2019/ Kostaryka/ 0 komentarz(y/e)

Po intensywnych wrażeniach z wyjazdu do Corcovado znów mieliśmy kilka dni na przegrupowanie bagaży pod kolejne wojaże. Skompletowanie niezbędnego ekwipunku nie zajmuje nam już wiele czasu, udało się więc wyrwać jeszcze na pieszą wycieczkę. Nasi troskliwi gospodarze postanowili pokazać nam źródła w San Miguel, miejscowości znajdującej się kilka kilometrów dalej. Aby wejść na szlak koniecze było minięcie restauracji, a następnie przekroczenie… poletka dla krów. Ostrożnie stąpając między zwierzętami przeszliśmy przez płot i znaleźliśmy się na właściwej dróżce. Na trawiastej ścieżce grupa młodzieży zrobiła sobie piknik i z zaciekawieniem obserwowała poczynania czwórki zagubionych gringo. Z każdym krokiem otaczało nas co raz więcej zieleni. W urokliwej scenerii, na którą składały się błękitne mostki, wysokie, poprzerastane innymi roślinami drzewa i liczne pnącza, dotarliśmy do pierwszego zdroju. Był on zamknięty w betonowym „akwarium”, wyłożonym kafelkami i z szybą w miejscu jednej ściany. Konstrukcja nas nieco zaskoczyła, a kolejne były nie mniej intrygujące – zazwyczaj betonowe klocki z jedną ścianą szklaną, niektóre w formie małej jaskini zagrodzonej przezroczystą taflą. Kawałek dalej widoczne były ciągi rur odprowadzające wodę do okolicznych miejscowości. Każde ze źródeł było opisane, którą wioskę zaopatruje. Bardzo spodobała nam się idea przekształcenia terenu w ścieżkę turystyczną. Do samochodu wracaliśmy tą samą drogą, a jedno z nas nie ustrzegło się od przeniesienia ze sobą krowiej pamiątki na bucie 😉

Po kilku tygodniach w Kostaryce postanowiliśmy zobaczyć kawałek kolejnego państwa, tym razem padło na Nikaraguę. Aby tam się dostać, musieliśmy najpierw osiągnąć stolicę i dopiero w niej szukać transportu do granicy. Na trasie mieliśmy jeszcze jedno, ważne dla nas miasto – Alajuelę. Nie sama miejscowość była dla nas istotna, a konkretna w niej osoba. Gdy Ola z Łukaszem (RadziMySobie) rozpoczynali swoją podróż, początkowo trafili do Kostaryki. Tu, dzięki pomocy jednego z serwisów internetowych mieli okazję poznać gościnnego Daniela, który wprowadził ich w „ticoski” świat. Tak sobie przypadli do gustu, że do dziś mają ze sobą kontakt. Dzięki Oli zostaliśmy sobie wzajemnie poleceni i po krótkiej wymianie zdań przez popularny komunikator umówiliśmy się na wizytę.

Co raz lepiej radząc sobie z podróżowaniem lokalnymi autobusami i tym razem zdecydowaliśmy się na ten środek transportu. Jeden przewoźnik zawiózł nas z Cajon do Grecii, kolejny do centrum Alajueli. Tu musieliśmy przenieść się na inny przystanek i poczekać na kierunek Rosares. Po dwóch godzinach umilonych obecnością „przystankowych” sprzedawców drobnych przekąsek, nie mogąc się doczekać właściwego połączenia, weszliśmy na pokład pojazdu zmierzającego do Santa Barbara, skąd do ostatecznego celu udaliśmy się z … „taxista pirata”. Tak bowiem Daniel określił kierowcę nieoficjalnej taksówki, której cena za przejazd jest bezkonkurencyjna. Szofer wysadził nas we wskazanym miejscu, skąd zostało nam już jedyne 200-300 metrów do mieszkania nowego znajomego. Wiedzieliśmy, jak powinien wyglądać poszukiwany budynek. Zagłębiliśmy się w pierwszą alejkę i po kilkunastu krokach stwierdziliśmy, że to nie tu. Wybraliśmy kolejną dróżkę, ta jednak również nie dała nam nadziei. Zataczaliśmy co raz szersze kręgi w poszukiwaniu właściwego kierunku. Kilkanaście minut później okazało się że drugi traf był prawidłowy, tylko zbyt szybko zniechęciliśmy się.

W progu powitał nas szeroko uśmiechnięty Daniel i jego dziewczyna Melissa. Okazał się nie mniejszym gadułą od mojego męża, bardzo szybko więc znaleźli wspólny język. Wieczór i poranek minęły na ekspresyjnych rozmowach na tematy polityczno-ekonomiczno-medyczno-wszelakie. Następnie plan dnia zakładał zwiedzanie Alajueli. Zapakowaliśmy się w biały automobil i pomknęliśmy do centrum. Nasz sympatyczny przewodnik doskonale orientował się w terenie, miał szeroką wiedzę historyczną, którą przeplatał licznymi ciekawostkami, a przede wszystkim posiadał prawdziwy dar oprowadzania! Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzenia katedry pw. Nuestra Señora del Pilar wzniesionej w XVIII wieku. Masywna kopuła jest wizytówką miasta – na zewnątrz czerwona, od środka bogato zdobiona. Sufit wewnątrz udekorowany jest kilkoma malowidłami scen biblijnych. Przestrzeń w kościele jest zadbana i nie przytłacza wystrojem. Następny punkt programu obejmował wizytę na dziedzińcu centrum kultury. Tu zastał nas nieduży, zielony ogród, misternie rzeźbione balustrady, a przede wszystkim cisza i spokój nieobecne w reszcie „downtown”. Kolejno przeszliśmy do historycznego muzeum kultury Juan Santamaria. Nazwane zostało na cześć bohatera narodowego, który urodził się w Alajueli, a zasłużył się podczas walk w czasie Wojny Domowej Nikaragui w latach 1856-1857. Choć w dzisiejszych czasach poddaje się w wątpliwość faktyczne istnienie tego mężczyzny, to ku jego pamięci powstała m.in rzeźba w centrum miasta, mural, czy też zadano nazwę międzynarodowego portu lotniczego. Dwa pierwsze dzieła mieliśmy okazję podziwiać z bliska, choć posąg w dużej części był zakryty z powodu prac konserwatoskich.

Gdy już planowaliśmy oddalić się z centrum, zostaliśmy zaczepieni przez dwoje licealistów, którzy na potrzeby projektu w szkole przeprowadzili z nami krótki wywiad! Nasze (a konkretniej Pawła) odpowiedzi zostały zarejestrowane na dyktafonie. Ciekawe, czy były chłopcom przydatne w dalszej pracy? Na pamiątkę zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie pod charakterystycznymi literkami z nazwą miasta.

Na zakończenie zwiedzania udaliśmy się na lokalne targowisko. Zachwyciły mnie stragany obwieszone wiązkami ziół i warzyw. Mnogość kolorów i zapachów usatysfakcjonowałaby każdego miłośnika kuchni. Nam również brzuchy zaczęły burczeć, skusiliśmy się więc na świeże i apetycznie wyglądające seviche. Ze smakiem spałaszowaliśmy swoje porcje i w wesołych nastrojach wróciliśmy do samochodu (w drodze panowie wymyślali chwytliwe slogany reklamowe, w tym powstało „Say BASTA! to pasta!”, ale w jakim kontekście? nie pamiętam!).

Kolejny wieczór minął nam na żywiołowych dyskusjach, wymianach poglądów, doświadczeń i opinii. Rano czekała nas przeprawa na granicę z kolejnym krajem Ameryki Środkowej (która według podziału geograficznego nie istnieje, a my cały czas znajdujemy się w Ameryce Północnej). Na koniec Daniel przyznał, że gdy zobaczyli mnie z Melissą po raz pierwszy, to zgodnie uznali, że wyglądam jak Elza z Krainy Lodu (blondynka w białej sukience), czym nie omieszkałam podzielić się z moją chrześnicą, która jest jej zagorzałą fanką. Drugie spostrzerzenie dotyczyło znanych im par z Polski: dziewczyna zawsze jest blondynką, chłopak ma ciemne włosy i nosi okulary i są małżeństwem. To sprawdziło się we wszystkich trzech dotychczasowych wizytach naszych rodaków! Kto z Was wpisuje się w ten schemat? 😉

Dominika

P.S. Pierwsze trzy osoby, które publicznie przyznają się, że tytuł przeczytały jako „Alleluja” (w świątecznej zadymce każdy może pomylić się z życzeniami!) dostaną od nas własnoręcznie wykonaną pocztówkę z upalnej Kostaryki 😉 Pomysł zrodził się z własnej omyłki, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z nazwą miasta przyległego do stołecznego San José. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*