/ 7 marca, 2020/ Nikaragua/ 0 komentarz(y/e)

2 kwietnia 2019

Wtorek

Zdecydowaliśmy się opuścić León nie czekając na ostateczne decyzje komisarza Zapaty. Każdy kolejny kontakt był bardziej mglisty, a nasza nadzieja na odzyskanie dokumentów mniejsza. Uznaliśmy, że nadszedł czas uruchomienie innej machiny, tym razem „zdobyć paszport na nowo”. By rozkręcić trybiki musieliśmy udać się do stolicy Nikaragui – Managui. Tam czekała nas wizyta w jednej z trzech ambasad reprezentujących kraj Unii Europejskiej. Nam, jako Polakom, urząd dowolnego państwa UE powinien zapewnić pomoc konsularną na takich zasadach jak własnemu obywatelowi. A przynajmniej taka informacja widnieje na jednej ze stron paszportu. Za poradą pani konsul z Panamy zdecydowaliśmy się na kontakt z reprezentacją Niemiec. Ambasada holenderska wydawała się nie być już nieczynna, a hiszpańską odrzuciliśmy ze względu na odległość dzielącą naszej kraje.

Przejazd do Managui musieliśmy odbyć jak zwykle jednym z autobusów. By go złapać, konieczne było niestety ponowne udanie się na feralny rynek centralny. Stresowała mnie wizja powrotu w to miejsce, tym razem bez obstawy policyjnej. A co, jeśli szajka złodziejaszków nas rozpozna? Czy będą nam mieć za złe nasze zeznania? Czy znowu nie staniemy się obiektem zainteresowania kieszonkowców? Jak skutecznie pilnować swojego dobytku? No i jak skutecznie zakamuflować moje blond włosy, żeby aż tak nie rzucać się w oczy? Nie mieliśmy innego wyjścia, jak rozprawić się z tematem.

Niestety długie spodnie, kapelusz i okulary przeciwsłoneczne nie upodobniły mnie do latynoamerykanki. Tym razem jednak nasze tajne saszetki mieliśmy prawidłowo ulokowane pod ubraniami. Starając się sprawiać wrażenie bardziej pewnych siebie, niż byliśmy w rzeczywistości, poszliśmy na przystanek autobusowy. Kilka osób utworzyło już kolejkę, ustawiliśmy się więc na końcu ogonka. Zza przyciemnionych szkieł lustrowałam tłum. Tym razem każdy wydawał mi się „podejrzany”, ale starałam się nie wykonywać nerwowych ruchów. Po kilku chwilach dostrzegliśmy znajomą twarz chłopaka z trójkółki, którego „wpędziliśmy” w składanie zeznań. Nie wiemy, czy on nas też zauważył, ale szybko rozmył się w ludzkiej masie. Za następnych parę minut do oczekujących „przykleił” się starszy, natarczliwy mężczyzna. Chodził od osoby do osoby, przysuwał twarz blisko wybranego przez siebie rozmówcy i pukając palcem w osaczonego agresywnym tonem coś perorował. Nasz hiszpański obejmujący jedynie kilka słów uniemożliwiał zrozumienie jego intencji, pozostali ludzie jednak w większości go ignorowali. Jakże by mogłoby inaczej, tak odmiennie wyglądający kosmita jak ja musiał wkrótce ściągnąć jego uwagę i stałam się obiektem zaczepek. Choć ciśnienie podskoczyło mi do granic, starałam się zachowywać niewzruszoną minę i tak jak pozostali nie reagować. W myślach rozpoczęłam odliczanie pozostałych sekund. Nareszcie udręka dobiegła końca i mogliśmy zasiąść we wnętrzu pospiesznego autobusu do stolicy.

I tym razem konieczne było opuszczenie pojazdu w dość tłocznym miejscu. Szybko przedarliśmy się przez ciżbę ludzką i rozpoczęliśmy spacer wzdłuż jednej z głównych dróg. Uznaliśmy, że bezpieczniejszym będzie zatrzymanie jadącej taksówki, niż wybieranie samochodu zaparkowanego przy przystanku. Faktycznie po kilkudziesięciu metrach udało nam się złapać kierowcę, który bezpiecznie dowiózł nas do ambasady niemieckiej. Tu strażnik nas wylegitymował, plecaki musieliśmy zostawić w jednej z zamykanych na klucz szafek przed wejściem i wreszcie wezwani przez interkom przekroczyliśmy szklane drzwi. Krótka rozmowa z urzędnikiem nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Dowiedzieliśmy się, że w Nikaragui Polska nie podlega niemieckiej opiece konsularnej i musimy jechać do ambasady hiszpańskiej. Niezbyt kontenci z werdyktu odwróciliśmy się na pięcie i podreptaliśmy w stronę głównej drogi. Doszła presja czasu, bo placówka ma być zamknięta za niespełna godzinę! Ponownie złapaliśmy taksówkę w biegu i tym razem poprosiliśmy o podwózkę w drugi koniec miasta. Z niewielkimi trudnościami odnaleźliśmy właściwy budynek. Tu wejście do środka stanowiło większe wyzwanie. Zostaliśmy spytani, czy jesteśmy umówieni na wizytę i o kilka innych rzeczy, których nie zrozumieliśmy. Staraliśmy się wytłumaczyć cel naszej wizyty i w końcu strażnicy ubrani w mundury moro z długą bronią u boku wypuścili nas przez bramę. Tym razem nie było zamykanych szafek i nasze bagaże musieliśmy zostawić w przedsionku wartowni. Niby plecaki były strzeżone, niby ochroniarze znajdowali się wewnątrz, ale spowodowało to dodatkowy stres. Nie chciałam zostawiać dobytku poza zasięgiem wzroku na otwartej przestrzeni… Nie mając wyboru przystaliśmy na to wymaganie.

Gdy przy okienku opisaliśmy naszą sprawę odetchnęliśmy z ulgą. Pani urzędnik niedawno przerabiała sprawę zagubionego paszportu z obywatelem polskim i wiedziała krok po kroku, co musimy zrobić. Okazało się, że powrót do kraju macierzystego nie jest konieczny, a wycieczka do Panamy powinna pomóc Pawłowi uzyskać paszport tymczasowy. Na przekroczenie południowej granicy również była rada w postaci „Emergency Travel Document” upoważniającego do jednego lotu międzynarodowego. Umówiliśmy się, że za tydzień dostarczymy wszystkie niezbędne dane i dokonamy wpłaty. Na pożegnanie zostaliśmy jeszcze poczęstowani przez strażnika wodą. Bogatsi w nowe, lepsze wiadomości udaliśmy się na przystanek autobusowy, by złapać pojazd, który dowiózł by nas do Nindirí.

Przy promieniach zachodzącego słońca stawiliśmy się u bram Museum Nacudarí. Tu bardzo serdecznie powitali nas Jesus, Xolchilt i Ariana. Dostaliśmy swój pokój z łazienką i zostaliśmy zaproszeni na kolację. Z ogromym wsparciem, zrozumieniem i cierpliwością naszych gospodarzy udało nam się opowiedzieć wydarzenia z ostatnich dni. Nareszcie w poczuciu pełnego bezpieczeństwa i opieki niemalże rodzicielskiej ostudziliśmy głowy pełne niepewności i pytań „co dalej”. Zmęczeni, zapadliśmy w sen chronieni przez moskitierę przed wścibskimi wizytami insektów.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*