/ 21 marca, 2020/ Nikaragua/ 0 komentarz(y/e)

… „jest waszym domem”.

Esta es su casa. Tak po prostu oświadczył Jesús, dowiedziawszy się o tym, co nas spotkało w León. Znając nas zaledwie dwie noce, dał nam dach nad głową i radość wspólnego przebywania. Serce Xochilt otwarte na oścież i ciekawość świata jej męża spowodowały niekończące się wieczory płynące na rozmowach. Nawet nasz hiszpański nie okazał się być dla nich problemem. Obydwoje z wykształcenia i powołania nauczyciele, mieli w sobie dość cierpliwości, by wysłuchiwać naszych językowych wolt. Nie było skrępowania w niejasnościach – nie jesteś pewien? dopytaj! Śmiechu przy tym było co nie miara. Ostatni wspólny wieczór na zawsze zostanie w naszej pamięci. Po wyjeździe z Nikaragui wielokrotnie rozmawialiśmy o potrzebnie powtórnego spotkania, które – „wróżąc z fusów” zaplanowaliśmy w perspektywie najbliższych… dwudziestu lat. Rok później, gdy będziemy siedzieli przy tym samym stole, mojemu szczeremu wyznaniu o będą towarzyszyły salwy śmiechu naszych przyjaciół. Xochilt nie zapomniała zauważyć, że w takim wypadku jej mąż byłby już po siedemdziesiątce!

… od kuchni.

Kolacja, którą zostaliśmy poczęstowani po drugim przyjeździe do Nindirí, wymaga kilku objaśnień. Nie wszystkie nazwy potraw udaje nam się zapamiętać. Ponadto do końca nie wiemy nawet jak poprawnie je zapisać. Nie pomaga w tym praktyczny brak różnicy w wypowiadaniu „b” i „v”. Przez taki stan rzeczy „wulkan” staje się „bulkanem”, a kostarykańskie zawołanie „Pura Vida!” brzmi bardzo… „bidnie”. Zaczynamy również robić sobie gierki językowe, dowolnie podstawiając w polskich wyrazach „b” pod „w” i odwrotnie.

Wydawałoby się, że z zaledwie kilku podstawowych składników, jakimi są mąka pszenna i kukurydziana, ryż oraz fasola niewiele da się wyczarować. Mylne to rozumowanie. Wystarczy przełożyć sobie bogactwo ziemniaczanego uniwersum w Polsce i krajach sąsiadów, aby zrozumieć, że człowiek w każdej szerokości geograficznej poradzi sobie z nużącą prozą posiłkową i zacznie eksperymentować. Wśród prostego i pysznego zestawu caballo bayo, na szczególne wyróżnienie zasługują cosa do horno (w dosłownym tłumaczeniu „rzecz z pieca”), czyli rodzaj podstawowego ciasta, chicharrón mylnie określony przeze mnie jako orzechy. Podawany jako rodzaj przekąski może być wykonany z mięsa wieprzowego lub wieprzowej… skóry. W różnych kombinacjach – do śniadania, na obiad i kolację – serwuje się również twardy biały ser, z którego udaje nam się otrzymać pierogi rugskie z nadzieniem o smaku bardzo zbliżonym do tradycyjnie polskiego. Smakujemy pico de gallo – surówki podawanej również z wielu okazji, kukurydzianych tamales o konsystencji twardego budyniu. Nie obywa się bez nikaraguanskiego piwa Toña, które w naszych odczuciach zdecydowanie góruje nad kostarykańskim Imperialem.

Warto wspomnieć, że hiszpańskie nazwy potraw różnią się pomiędzy Kostaryką, a Nikaraguą. Niewyjaśniona dla nas pozostaje również zagadka, kto – o ile to w ogóle istotne – pierwszy przygotował tradycyjne gallo pinto („malowany kogut”), czyli połączenie serwowanego na ciepło ryżu z fasolą oraz świeżą kolendrą. Wydaje się, że ten „spór” pomiędzy ościennymi państwami jest dobrą reklamą dla samej potrawy, która stanowi podstawę tradycyjnego jedzenia. Zmieniają się jednak dodatki – smażone lub pieczone, dojrzałe platany, zielone platany w formie placków patacones, jajko, uzupełnieniem jest pico de gallo i kukurydziana tortilla. Po dodaniu do wspomnianego zestawu mięsa, ryby lub krewetek, otrzymamy casado – tak przynajmniej nazywane jest ono w Kostaryce. Trudno nam jednoznacznie określić takie niuanse jak: gdzie już zaczyna się casado, a kończy gallo pinto, czy można podawać patacones na śniadanie i czy kostarykańskie tamales, to to samo, co nikaraguańskie nacatamáles.

Te ostatnie wkupiły się w nasze łaski. Zawinięta w liście bananowca masa, składająca się z kukurydzianej papki, ryżu, mięsa i warzyw jest przygotowywana przez 3 dni! Bardzo treściwa i oferująca bogactwo smaku potrawa trafia na nasz stół, zajmując równocześnie miejsce w czołówce ulubionych potraw. Aby kupić te pyszności, w piątkowy wieczór wybieramy się z Jesúsem i Arianą na spacer po Nindirí. Dzięki temu poznajemy licznych znajomych naszych przyjaciół. Chodząc od domu do domu, dowiadujemy się, która rodzina specjalizuje się w jakiej potrawie. W sobotę rano rozwinięte liście bananowca odkrywają przed nami swoje aromaty.

… to muzeum i galeria.

O kreatywności, i co za tym idzie – niezwykłości przestrzeni Museo Ethnográfico Nindirí, można by napisać wiele rozdziałów nie wyczerpawszy tematu. Jeden duży, wydzielony z prywatnego domu, salo-korytarz jest tematycznie podzielony. Ekspozycja prowadzi między innymi przez historię plemienia indian Nacudarí, wojnę domową, wydarzenia religijne w Nindirí na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat. Jest zarówno miejsce na upamiętnienie wybuchu wulkanu z 1772 roku i procesji kobiet z Krzyżem w celu powstrzymania zalania przez lawę dzisiejszej Masai, jak i portrety-opisy kubańskich rewolucjonistów.

Znaleźć można również skromną kolekcję banknotów z całego świata, w tym polskich marek z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Całość malarstwa, w tym dwa duże tryptyki, wyszła spod pędzla naszego maestro. Uzupełniona jest o archeologiczne znaleziska, tu i ówdzie wystające z obrazów, ożywiając je i dodając trzeci wymiar. W wielu miejscach wiszą i stoją, małe i duże owoce pracy naszego pintora. Choć eksperymenty z formą i portrety znanych osób z okolicy stanowią widoczny odsetek, to jednak bezsprzecznie zdecydowaną większość kolekcji tworzą symboliczne przedstawienia małego świata – Nindirí.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*