/ 11 kwietnia, 2020/ Nikaragua/ 0 komentarz(y/e)

Przyszedł czas rozstania z naszymi wspaniałymi gospodarzami. Wczesny poranek ułatwił wyciszyć emocje – zanim kawa na nowo wpompuje krew do krwioobiegu musi minąć trochę czasu. Serdecznie pożegnałam się z całą trójką z życzeniami wszystkiego naklepszego. Następnie chwyciliśmy z mężem przygotowane w ubiegły wieczór plecaki i ruszyliśmy na przystanek autobusowy. Teoretycznie mogłam pokonać odległość do granicy samodzielnie nie każąc Pawłowi jeździć w tę i spowrotem, ale ilość bagażu pomnożona przez dwa oraz pamięć ostatnich wydarzeń zadecydowały o wspólnej eskapadzie.

Na nasz środek lokomocji nie musieliśmy długo czekać – przemieszczaliśmy się na często uczęszczanej trasie. Na szczęście zostały jeszcze miejsca siedzące i jako dwójka świecących na odległość białych mogliśmy ukryć się wśród rzędów foteli. Nie wiedziałam, czy to ostatni raz widzę sprzedawców nieprzerwaną strugą przemierzających pojazd z okrzykami „papaaayyyya, sandiiiia, platanooos!”. W tych ostatnich dniach nie raz zdumiewała mnie plastyczność ludzkich ciał. Jak to możliwe, że między siedzenia, dwie stojące osoby jeszcze kupiec z towarem potrafi się wepchnąć? Co się dzieje z tą tkanką, która jeszcze niedawno ściśle przylegała do drugiej, a teraz została wciśnięta przez substancję trzecią? Po uważnych obserwacjach nie doszłam do żadnych mądrych wniosków, bowiem na uważnie lustrowanych ciałach nie pojawiały się nowe wybrzuszenia lub fałdy. Sama też kilkakrotnie uczestniczyłam w podobnym przedsięwzięciu i faktycznie tam, gdzie nie było żadnego prześwitu udawało mi się jakimś cudem wśliznąć a następnie wydostać z potrzasku bez uszczerbku na zdrowiu. Niesamowite!

Po podróży we względnym poczuciu bezpieczeństwa czas nam było opuścić autobus. Jak zwykle zostaliśmy otoczeni przez tłum „pomagaczy”. Być może przybrana na tę okoliczność wojownicza mina pozwoliła sprawnie opuścić ten krąg, a może prócz nas było wiele innych atrakcyjnych obiektów nagabywania. Po kilku krokach doszliśmy do bramy i… i tyle. Tu musieliśmy przeczekać czas dzielący nas od spotkania z Marzeną, Jackiem i Frankiem. Stanie w tłumie nie napawało nas optymizmem, z ulgą więc klapnęliśmy na ławki w pół-otwartej restauracyjce. Kolejna kawa na podbudowanie morale wkrótce parowała przed naszymi nosami. Plecaki ulokowaliśmy w możliwie najtrudniej dostępnym miejscu i rozpoczęliśmy obserwację życia wokoło. Większość turystów zaopatrzonych w eleganckie walizki od razu była przechwytywana przez swoich tymczasowych opiekunów i umieszczana we wnętrzu busów z naklejką „TURISMO”. Osoby wyglądające na miejscowych żwawym krokiem, przez nikogo nie zaczepiane zamierzały do transportu publicznego.

Najbardziej jednak przykuły naszą uwagę dwie, bardzo osobliwie wyglądające niewiasty. Obie o jasnej cerze, jedna obdarzona włosami koloru blond, a druga brunetka. Posługiwały się językiem z grupy germańskiej a odziane były… i to właśnie było najciekawsze. Pierwsza z wymienionych przywdziała długie jeansy, przedarte jednak po długości na tyle wysoko, na ile to było możliwe. Druga miała szorty, które równie dobrze mogły być damską bielizną o kroju „bokserki”. Górną część ciała zakryły/odkryły wypłowiałymi szmatkami przypominającymi coś, co kiedyś mogło być sportowym biustonoszem. Poruszały się pewnym, dość niechlujnym krokiem nie zważając na zdumione spojrzenia wokół. Ich aparycja była na tyle niecodzienna, że nikomu nie przyszło do głowy, by próbować nawiązać z nimi jakikolwiek konakt, od przyjacielskiego, przez handlowy po mniej legalne znajomości. Na moje nieszczęście, za swój punkt destynacji obrały sobie murek przyległy do „naszej miejscówki”. Jeszcze niedawne poczucie panowania nad sytuacją zmieniło się w nieustanną obserwację zza ciemnych szkieł. Przy każdej okazji otwarcia się bram dziewczyny podrywały się, biegły w tym kierunku i ich zachowanie wskazywało, że próbują przedostać się na drugą stronę. Czyżby nielegalne emigrantki? A może spotkał je los podbny do naszego, ale nie miały tyle taryfy ulgowej co my i to ich ostatnia nadzieja na wydostanie się z Nikaragui? Co raz bardziej abstrakcyjne scenariusze podsuwała mi wyobraźnia, ale cały czas miałam się na baczności. Za którymś z kolei uchyleniem drzwi weszła przez nie hipstersko, jednak zdecydowanie bardziej typowo ubrana osobniczka z czerwonym plecakiem na ramionach. Okazało się, że to na nią czekały dwie w.w. towarzyszki. Po uściskach na powitanie i tym razem wymianie zdań w języku angielskim, w powiększonym składzie oddaliły się w sobie tylko znanym kierunku.

Dzięki tym niespodziewanym wydarzeniom czas przy kawie upłynął nam szybko i nim się obejrzeliśmy, w drzwiach pojawili się moi wybawcy. Trzeba mi było pożegnać się z mężem, przypomnieć mu o czujności i oddalić się w kierunku okienek granicznych po kostarykańskiej stronie. Po wypełnieniu formalności zostałam zapakowana do znanego mi już samochodu i pomknęliśmy w kierunku Artoli. Po drodze mieliśmy jeszcze przystanek pod… stadionem, z ktorego odbieraliśmy po meczu dwóch hotelowych gości. Arek i Bartek okazali się niezwykle sympatycznymi przybyszami z Polski, których energia i radość towarzyszyły nam jeszcze przez kilka kolejnych dni. Znając mniej-więcej nasze ostatnie przygody poprosili o więcej szczegółów. Na tę chwilę zdradziłam tylko tajemnice León, o Momotombo nie wspominając ani słówkiem. Tą opowieścią może podzielimy się później, wspólnie z Pawłem. W połowie drogi jeszcze trzeba było wypełnić brzuchy „specjałami” jednej z sieciowych restauracji i jeszcze za dnia dotarliśmy do tak bliskiego nam ośrodka Born to Be Wild.

Dominika

By lepiej znieść towarzyszący nam wewnętrzny niepokój, usiedliśmy w niewielkiej kafejce. Dziwnie się czułem mając za plecami stalowy płot, którego nie mogłem przekroczyć. Jacka, Marzenę i Franka widziałem tylko przez moment, gdy przestąpili próg bramy. W sercu poczułem ogromną ulgę. Żona jest bezpieczna i co najważniejsze, znajome twarze przywracają jej poczucie równowagi. Nie chcę przedłużać momentu pożegnania z Dominiką. Jak dobrze pójdzie – za dwa dni zobaczymy się znowu.

Skupiam się na znalezieniu odpowiedniego autobusu i wybieram bezpośredni do Managui, bez przesiadki w Rivas. Znów monotonnie przesuwa się krajobraz za oknem. Wbrew wcześniejszym domysłom o dziwo czuję się dobrze. Może pewności siebie dodaje mi gaz pieprzowy w kieszeni? Mój kapelusz na głowie nie pomaga mi wtopić się w tłum. Biała karnacja również. Drogę znam bardzo dobrze, więc z każdym przejechanym kilometrem czuję bliskość naszego domu. Po przejechaniu Masai, po prawej stronie mijam odwiedzoną cytadelę, dwa ronda i wysiadam pod supermarketem Palí. Swoim kluczem otwieram bramę. Xochilt ciekawie wysłuchuje mojej krótkiej relacji. Cieszy się, że wszystko poszło po naszej myśli. Potwierdza również, że jutro o 4.30 zjawi się jej tato, aby zawieźć mnie na lotnisko do Managui.

Przed wyjazdem z Dominiką na granicę, zawczasu jestem już spakowany. Cały zbędny mi bagaż zabrała ze sobą moja druga połówka, jadąc do Artoli samochodem. Lecę tylko z bagażem podręcznym, więc buteleczkę z drażniącym środkiem będę musiał wyrzucić. Kilkakrotnie sprawdzam czy mam przygotowane wszystkie potrzebne dokumenty. Nikaragua-Panama: emergency travel document, list poświadczający z polskiego konsulatu w Panamie, kopię zeznań z León i kopię skradzionego paszportu. Panama-Kostaryka: oprócz poprzednich – potwierdzenie rezerwacji biletu lotniczego na 16 kwietnia 2019 do Kanady. Chyba jest wszystko. Reszta w rękach Boga.

Wieczorem jeszcze długo, wspólnie siedzimy przy okrągłym stole. Czas upływa na rozmowach, a w powietrzu wisi nuta rozstania. Przyjaciel kiwa się charakterystycznie w swoim ulubionym, bujanym fotelu. Zadaje konkretne pytania. Kiedy brakuje mi słów do precyzyjnego udzielenia odpowiedzi, w sukurs zawsze przybywa jego żona, która trafnie odgaduje co miałem na myśli. Zawarty w szklance nikaraguański rum Flor de Caña pomaga zasnąć i uśpić emocje.

Wstaję jakoś pomiędzy nocą, a dniem. Nie jestem sam. Xochilt i Jesús są również w gotowości. Ten drugi musiał obudzić się około pół godziny przed swoją zwykłą porą. Po śniadaniu siadam do dwumiejscowego, niewielkiego dostawczaka i razem z dziadkiem Ariany wsiadam do samochodu. Podczas jazdy powoli się rozwidnia, a przez otwarte szyby intensywnie wpada chłód poranka. Aż nie do wiary, że w południe będzie nie do wytrzymania. Wybór pory do ruszenia okazał się trafny, bo choć jedziemy płynnie, to ruch gęstnieje z każdą minutą. Czuję wewnętrzną mobilizację, ale nie stres. Na lotnisku jestem prawie dwie godziny przed wylotem. Zastanawiam się, jak też zostanie potraktowany mój nadzwyczajny dokument podróżny. Dopijam jogurt, wyrzucam gaz do śmieci i idę w stronę bramek.

Pani w okienku międzynarodowego lotniska najprawdopodobniej pierwszy raz spotkała się z takim świstkiem papieru. Nie chciała za bardzo oglądać pozostałych poświadczeń, ale przynajmniej wysłuchała mojej opowieści o wydarzeniach z León. Nie będąc pewną, cóż zrobić z takim delikwentem, wezwała przełożoną. Idę do okienka po lewej stronie, opisanego numerem 1. „Moja” pani też przyszła, ale z tą różnicą, że z drugiej strony szyby. Przypadek został wykorzystany do lekcji pt. „Jak należy postępować z człowiekiem, który okazuje emergency travel document„. Na moje szczęście cały proces był tylko czasochłonny, ale procedura znana. Bez problemu przeszedłem kontrolę bezpieczeństwa i zająłem miejsce w poczekalni przed bramką wejsciową do samolotu. W końcu wyczytują nasz lot, a ja zajmuję miejsce w kolejce. Kiedy przychodzi moment wchodzenia na pokład i legitymuję się dziwną kartką ze zdjęciem, zostaję odstawiony na bok – do rozpoznania sprawy. Kontakt przez radio. Oczekiwanie. Mogę wejść. Mimo wątpliwości kolejnej osoby, ciągle towarzyszy mi wewnętrzny spokój. Pani konsul ostrzegała – najtrudniej będzie w Panamie, dlatego też przygotowała list polecający. Zajmuję miejsce w samolocie. Teraz pozostało mi czekać na kołowanie i start.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*