/ 18 kwietnia, 2020/ Kanada, Panama/ 0 komentarz(y/e)

Lubię latać samolotem. Teraz przy okazji mam możliwość podziwiania krajobrazów ze stosunkowo niewielkiej wysokości. Krótki lot w promieniach wczesnego słońca przypomina mi o brakach we śnie. Na krótko pozwalam sobie dopłynąć. Na szczęście budzę się przed lądowaniem! Kanał Panamski, jako jedna ze strategicznych budowli w skali świata, jest ciekawostką, na którą ostrzyłem sobie zęby. Teraz mam możliwość oglądać statki, które jak ławica różnej wielkości rybek, wydają się być zawieszone w szarej toni Pacyfiku. Samolot bierze głęboki zakręt w lewo i obniżamy lot. Pod nami zauważam niewielką wyspę z dużymi zbiornikami paliwa. Chwilę później podziwiam nie widziane nigdy w takiej ilości wysokościowce. Oto jest Panama City – geostrategiczny języczek uwagi.

I już jestem na płycie lotniska. Czyli w Panamie? Właściwie to… nie. Muszę jeszcze wejść do kraju. Zgodnie z proroczym słowem polskiego urzędnika tym razem muszę zmierzyć się z trójgłową hydrą. Pierwsza – a jakże – pani w okienku, uśmiecha się do mnie, ale nie wie co zrobić. Dokument jest ważny tylko na jeden lot, więc właśnie… stracił ważność. Właściwie, to według jego nominalnej ważności mam jeszcze kilka dni, ale nie mogę na nim legalnie przebywać w tym kraju. Patowej sytuacji przysłuchuje się mężczyzna w czarnym uniformie. Podchodzi do mnie, a po zapoznaniu się z tematem obwieszcza niczym Gandalf do Balroga „Nie przejdziesz!”. W odpowiedzi na kolejny zarzut – brak posiadania biletu wyjazdowego z kraju – spokojnie tłumaczę, że muszę dostać się do ambasady, w której zostanie mi wydany paszport, a dopiero z nim będę mógł kupić bilet. Funkcjonariusz służby granicznej w końcu decyduje się udać do przełożonego. Nie mam okazji go poznać, ale musi być to światły człowiek, bo powrót czarnego rycerza ma dla mnie nowe wieści. „To jest sytuacja wyjątkowa. Możesz wejść. Masz dobę na opuszczenie kraju.” Tego mi było trzeba! Serce podskakuje z radości, a rozum jeszcze każe upewnić się, że na składanym „na trzy” świstku znajduje się pieczątka z datą wjazdu. Teraz mam drugą do kolekcji. Tak się zdarzyło, że konsul, z którą byłem w ciągłym kontakcie, dzisiaj wylatuje do innej placówki na dyżur. Mam możliwość uzyskania paszportu z rąk drugiego przedstawieciela Rzeczypospolitej, ale bardzo chcę osobiście poznać osobę, która zrobiła dla nas tak wiele dobrego. Z lotniska biorę taksówkę, która wiezie mnie bezpośrednio w gąszcz drapaczy chmur. W jednym z nich mieści się nowa placówka konsularna.

Podczas mianowania pracowników ambasady prawdopodobnie kluczem doboru był wiek. Młoda placówka – młody konsul. Do tego z bardzo sympatycznym uśmiechem! Będąc od niespełna dwóch tygodni w kontakcie, nie muszę niczego tłumaczyć. Za oknem rozpościera się ujmujący widok na osuszoną odpływem zatokę upstrzoną kolejną porcją wysokościowców. Każdy z nas się śpieszy. Ja, by zdążyć kupić bilet powrotny i na czas wyjechać z Panamy, a pani urzędnik – na wylot do innego kraju. W końcu, w ciągu godziny wychodzę z przytulnego biura z nowym paszportem w ręku. Napis na klasycznej, bordowej okładce ze złotym orłem w koronie głosi „RZECZPOSPOLITA POLSKA. PASZPORT TYMCZASOWY”. Dokument o rocznej ważności jest dwukrotnie chudszy niż ten „prawdziwy”. Ponadto pierwszą stronę ma wklejoną po wydrukowaniu na specjalnej drukarce i nie ma czipa z danymi biometrycznymi. To ostatnie wkrótce stanie się punktem zaczepnym wielu wiadomości, krążących wokół pytania: „Czy na paszporcie tymczasowym można wlecieć do Kanady?”. Nad odpowiedzią głowiło się będzie wiele tęgich umysłów (jak mawiał znajomy Kazimierz). Chwilowo to nie jest najważniejsze. Za mną fantastyczne przygody z przekraczaniem granic, a przede mną? Jeszcze jedna, która dzieli mnie od mojej Dominiki.

Dokument już mam, teraz czas jak najszybciej zorganizować bilet wyjazdowy z kraju. W końcu przy wjeździe zostało mi dane jedynie 24 godziny! Na początek muszę jednak zorientować się w dostępności komunikacji miejskiej i… napełnić żołądek. Linie Copa co prawda oferowały poczęstunek na pokładzie samolotu, ale czuję, że muszę się posilić. Zależy mi także na odwiedzeniu katedry. W drodze do niej kupuję duży kukurydziany pieróg, który zaspokaja pierwszy głód. Kluczę po mieście co rusz pytając o drogę do kościoła. Przemierzam ulice małe i duże, w których krzyżują się wysokościowce z niewielkimi willami. Jest zaskakująco niewielu ludzi na ulicach, ale tłumaczę sobie to tym, że przecież zajmują teraz oni miejsca przy biurkach we wspomnianych drapaczach chmur. W końcu, po pokonaniu pierwszej ruchliwej arterii, udaje mi się dotrzeć na miejsce! We wnętrzu świątyni jest kilka osób, które w ciszy oglądają wnętrze lub się modlą. Dołączam do tych drugich, po czym również zwiedzam obiekt, tak różniący się od otaczającego miasta. Zgiełk panujący na zewnątrz na szczęście nie wdziera się do środka.

Po zorientowaniu się w sytuacji komunikacyjnej, z zaskoczeniem zauważam, ze stolica posiada metro. Dzięki podziemnej kolejce przedostaję się na obrzeża Panama City. O mały włos nie mógłbym skorzystać z tego środka transportu, bo żaden z automatów biletowych nie przyjmował płatności kartą, a w lokalne drobne nie byłem zaopatrzony. Nie znalazł się również chętny na rozmienienie moich dolarów. Widząc moje zakłopotanie, w sukurs przyszedł mi jeden z trójki chłopaków, który zaoferował mi wejście na jego kartę. Uprzejmy młodzieniec kończył przejazd i pozwolił mi wykorzystać kolejny kurs z jego magnetycznej karty. Docieram na miejsce. Potężne centrum handlowe wybudowano obok dworca autobusowego. Na miejscu, po przejściu chodnika zawieszonego nad ruchliwymi pasami jezdni, z łatwością znajduję stoiska przewoźników, a w jednym z nich kupuję bilet na najbliższy przejazd. Czeka mnie noc w autobusie, ale na granicy powinienem być około 6 rano, więc powinienem się zmieścić w reżimie czasowym. Wyjazd będzie dopiero o 22, więc postanawiam podkręcić się po zakupowym miasteczku. Po znalezeniu otwartego dostępu do internetu łączę się z Dominiką, a później z rodziną. Kolejne godziny mijają mi na powolnym piciu dużego kubka gazowanego napoju – tym płacę za „darmowe” łącze. W końcu się ściemnia, a kolejne sekcje budynku zostają zamykane. Nie mając biletu na seans kinowy (a rozważałem takie rozwiązanie), idę do sieciówki kawiarnianej, w której mijają mi następne dwie godziny. Mimo upału w ciągu dnia, zaczynam odczuwać chłód wieczora wydatnie wspomagany klimatyzacją, ustawioną najwyraźniej na symulację okolic podbiegunowych! Ciepły napój utrzymuje mnie również przy życiu i zapobiega zaspaniu na przejazd. Zawodzi mnie jednak orientacja w przestrzeni i wykonuję pieszo trasę wokół całego kompleksu handlowego. Zajmuje mi to przeszło 10 minut i to szybkim krokiem! W końcu docieram na miejsce i w poczekalni oczekuję na informację o podstawieniu autobusu Panama Express.

Dziwi mnie, że może tylko jedna trzecia miejsc jest zajęta. Znów zaskakuje chłód bijący z kratek wentylacyjnych, na który jednak odpowiadam okryciem się jedwabnym prześcieradłem-wkładką do śpiwora, które na szczęście mam ze sobą. Cienki materiał podwyższa komfort termiczny, ale zimne fale wdzierają się co chwilę. Mimo wszystko miejsce obok mnie jest wolne, więc mam sposobność przez całą noc wić się w cyrkowych pozach na obydwu fotelach próbując uszczknąć ze snu tyle, ile to możliwe. Tak mija mi czas do poranka – do granicy. Z lekkim biciem serca podchodzę najpierw do panamskiego, a później kostarykańskiego okienka, ale na szczęście mój nowy paszport zaopatrzony jest odpowiednią pieczątką wyjazdową i wjazdową. Z jednym przystankiem na posiłek, po 13 godzinach jazdy docieram do stolicy. W San Jose decyduję się wziąć bezpośredni autobus do Liberii. O niczym nie mówię żonie – chcę jej zrobić niespodziankę. Dla bezpieczeństwa zostawiam jednak włączone śledzenie na GPS – liczę, że Dominika nie będzie sprawdzać mojej pozycji w międzyczasie. Znów kilka godzin na siedzeniu, ale i to mija. Zaczyna się ściemniać, ale udaje mi się skontaktować z Jackiem, który proponuje, że przyjedzie po mnie do Sardinal! Zostaje mi tylko dojazd do tej miejscowości co nie nastręcza większych komplikacji. Jeszcze chwila spędzona w aucie z naszym przemiłym znajomym i mogę paść żonie w objęcia. Niby to tylko dwie doby rozłąki, ale jednak tak odmienne od poprzednich siedmiu miesięcy… Polskie grono powiększone o nowych kompanów – Bartka i Arka pozwala odetchnąć po podróży i świętować powrót.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*