/ 28 marca, 2020/ Nikaragua/ 0 komentarz(y/e)

… z polskimi akcentami.

Kiedy ja w piątek z krążę jak wolny elektron po stolicy, Dominika po raz kolejny daje upust swoim kulinarnym zdolnościom. Fantazyjne podmienianie składników, czasem wynikające z konieczności, a innym razem celowe, znowu owocuje kilkoma smakowitościami. Choć kucharki są dwie, to efekty ich pracy nie pozostawiają cienia wątpliwości co do kunsztu. Moja żona w charakterze maestry wraz z Arianą przygotowują dwa rodzaje ciastek – owsiane i kruche. Te drugie wielokrotnie piekliśmy wspólnie w Olecku. Choć w okolicy nie sposób znaleźć mąki pełnoziarnistej, to wyjście z Jesúsem do piekarni uzupełnia nasze zapasy o jeden niezbędny do dalszych działań składnik – drożdże. Dzięki temu mamy możliwość kolejny raz raz sławić imię polskiego pieczywa!

Nie tylko chlebem stoi jednak nasza ojczyzna. Drugi raz, po Bożym Narodzeniu na Karaibach, wspólnie zabieramy się za przygotowanie pierogów w wersji „ruskiej”. Znów urocza córeczka naszych przyjaciół proszącym wzrokiem przypomina o swojej wielkiej chęci do pomocy. Korzystamy z jej usług, mając z tego podwójną radość – uśmiech na twarzy dziewczynki i wzrost wydajności naszej pracy. Mączny przysmak zdobywa żołądki, a co za tym idzie i serca rodziny Castro. Zawartość dużej, szklanej miski znika w szybkim tempie. Nie wiemy czy to zasługa samego farszu czy tradycyjnych dodatków – podsmażonego boczku, cebuli i śmietany. Z radością odkrywamy, że ta ostatnia ma przyjemnie kwaskowaty posmak i biały kolor – nie do odróżnienia od naszej polskiej. Dziwne, bo gotowane „empanadas polacas de agua„, okazały się sukcesem nawet za Atlantykiem!

Co jeszcze jest ojczyste w Nindirí? Napis przy wejściu do wynajmowanego pokoju. Nie mieszkamy w nim co prawda podczas naszego drugiego pobytu, w zamian mając przydzielone pomieszczenie będące częścią domu. Podczas pożegnania, a przed obfitującym w wydarzenia wyjazdem do León, Jesús poprosił nas o napis po polsku, mający witać gości. Nowy, wielojęzyczny projekt zawierał dotychczas jedynie podobne sformułowanie w języku naszych sąsiadów zza Odry. Wielka jest nasza radość, gdy po przyjeździe z północy Nikaragui, stojąc na patio możemy przeczytać: „WITAMY. ŻYCZYMY MIŁEGO DNIA”.

… i otaczające go zwierzęta.

Mirador „Tsopilotl”, czyli niewielki taras widokowy połączony z przylegającym do pokoju patio jest zarośnięty drzewami. Jest jednak pora sucha, dzięki czemu, choć zza gałęzi, możemy dostrzec taflę jeziora i zastygłe, złowrogie jęzory. Niektóre, zwietrzałe na przestrzeni ponad dwóch stuleci fragmenty czarnej, wulkanicznej skały zarosły rzadką roślinnością. Nad równiną krążą sępy. To owe „copiloty”, którym punkt widokowy zawdzięcza swoją nazwę. Nie wiem czy kiedykolwiek udało mi się zobaczyć więcej niż dwa wymachy wielkich skrzydeł pod rząd. Wydaje się, że te ptaki są zawieszone w przestrzeni na niewidzialnych niciach i szybują utrzymując się na powietrznych prądach niczym szaro-czarne latawce.

Innym, częstym gościem jest ptak-z-wahadłem-od-zegara. Przynajmniej gdybym był indianinem, to tak bym nazwał mot-mota. Spekulować można, czy już wtedy znano ów rodzaj czasomierza, ale pozostawiam to archeologom. Motmoty są moimi ulubionymi ptakiami z Ameryki Centralnej i wyprzedzają nawet kolibry! Niepłochliwe, ciekawskie, towarzyskie i co najbardziej urzekające, gdy są zaintrygowane machają energicznie swoim długim ogonem zakończonym wdzięcznie pojedynczym piórkiem; każda faza ruchu jest zakończona pauzą po jednej ze stron, co nadaje widowisku wrażenia „zegarowości”.

Drzewo rosnące przy krawędzi działki z tyłu domu ma również stałych lokatorów. Niespotykane w Polsce wiewiórki-albinosy mają w koronie drzew gniazdo obłożone na zewnątrz suchymi liśćmi. Wielka, pomarańczowobrązowa kula oplata gałęzie, dając schronienie przed upałem i obiektywem. Wykonanie zdjęcia, które ukaże więcej niż tylko oko wystające z buszu wymagało wielu minut cierpliwego czekania w bezruchu.

Po domu krząta się Blucky, która trafiła pod dach rok temu. Wdzięczna mieszanka niewiadomych ras ma silnie wykształcony zmysł stróżowania. Do pasji doprowadzają ją biegające po metalowym pokryciu dachu koty i jaszczurki. Nam nie daje do siebie podejść. Czasem, wiedziona silniejszym niż nieufność instynktem, podejdzie do nas podczas wspólnego posiłku. Z radości chce się wtedy „nagrodzić” psa smakołykiem. Rozum stoi jednak na straży i przez wzgląd na panujące reguły dobrego wychowania czworonoga, nie krzywimy jej charakteru.

Nocą mamy również okazję widzieć całe zastępy mrówek różnych wielkości, kolorów i obyczajów. Duże, czerwone owady najpierw wypuszczają zwiady, jakby nie ufając, że ich wielkość i „czerwoność” wystarczy, by odpędzić potencjalnego napastnika. Małe, czarne zdają się nie mieć pojęcia o pozostałej zawartości – nawet najbliższego – mikrokosmosu. Ciągle skoncentrowane na swoim zajęciu, podejmują się rzeczy niemożliwych. Na przykład – ciągnięcia pionowo po ścianie owada, kilkadziesiat razy większego od nich samych. Ćmy, komary, pająki uzupełniają skład menażerii, która choć nieproszona, co wieczór odwiedza naszcze cztery kąty. Większości z nich próżno by szukać o poranku. Może właśnie dlatego tego nie robimy? Podczas naszego pobytu o dziwo nie widzimy ani jednego skorpiona. Względną łatwość obcowania ze wszędobylskimi insektami ułatwia nam fakt posiadania moskitiery rozpiętej nad łóżkiem.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*