/ 26 września, 2018/ Polska/ 2 komentarz(y/e)

Wrocław

Nowy dzień przynosi nowe miejsca do odwiedzenia. Tym razem z Marcinem jedziemy do Wrocławia. Codziennie uczę się obsługi komunikatora satelitarnego, testuję wysyłanie wiadomości, opcje śledzenia, pobieranie prognozy pogody. Słowem – jest nowa zabawka. Chwilę później, kiedy brat pojechał w służbowych sprawach dalej na wschód, my wsiadamy w tramwaj w kierunku centrum. Po chwili dostajemy od Adama wiadomość z pyniem czy jedziemy „jedynką”. Wydedukował właściwie, więc plus zarówno dla niego, jak i dla twórcy urządzenia.

Formalny początek przygotowań datujemy na listopad 2016, ale rzeczywistość i tak nas zaskakuje, że nie przewidzieliśmy wszystkich okoliczności. Lepiej późno (w Polsce) niż później (za granicą). W taki sposób rzutem na taśmę trafiłem do dziekanatu mojego wydziału i złożyłem podanie o odpis dyplomu w języku angielskim. Chcemy być przygotowani na możliwość podjęcia wszelkiej pracy. Dzięki Adamowi, mogliśmy ulżyć plecom i zdeponować nasze plecaki w jego doktoranckich włościach. Jeszcze tylko zdjęcia do odpisu, krótka wizyta w sklepie turystycznym i mogliśmy cieszyć się ze wspaniałej gościny u naszych przyjaciół. Wieczór spędziliśmy na wrocławskich Złotnikach w gronie rodziny i nowo poznanych ludzi. Dawno tak się nie wyspaliśmy! Rano zostaliśmy odwiezieni na trasę wylotową na Poznań, skąd chcieliśmy ruszać dalej. Musiałem niedokładnie zapamiętać to miejsce, bo w swojej naiwności liczyłem na możliwość zatrzymania samochodu… no właśnie – nie było tam dobrego miejsca 🙂 Żeby nie powodować rozterek w mijającym nas samochodem wujku, zawróciliśmy na pięcie i stanęliśmy na pobliskim przystanku autobusowym, kiedy już nas wyprzedził. Po rekordowym czasie oczekiwania na „okazję” (choć 35 minut to przecież nie jest tak dużo!) siedzieliśmy wygodnie w drodze do Łodzi.

WAŻNA UWAGA odnośnie czasu oczekiwania na kierowcę – wracając tramwajem z Biskupina, na „10-tkę” czekaliśmy 40 minut! To był co prawda wyjątek, ale nasze krótkie doświadczenia z autostopem pokazują, że na prawdę warto odważyć się stanąć przy drodze z kciukiem do góry.

Łódź

Mamy do załatwienia jeszcze parę spraw. Ciągle wraca do nas konieczność znalezienia ubezpieczenia dostosowanego do naszych potrzeb. Biorąc pod uwagę różnorodność planów, idąc za radą sympatycznej pani z agencji, decydujemy się podzielić wyjazd na kilka okresów (osobno Europa i świat). Udało nam się również znaleźć firmę, która nie wlicza uprawiania żeglarstwa do sportów podwyższonego ryzyka. To dla nas duża ulga, bo początkowe kwoty znacznie przekraczały nasz budżet. Myślałem, że w dobie powszechnej dostępności do informacji, sam poradzę sobie z zawiłościami warunków ubezpieczenia. Pani Beata zadzwoniła w dwa miejsca i dużo szybciej znalazła odpowiedź.

Czas w mieście tkaczy płynie szybko, wypelniony spotkaniami z rodziną. Podróżując komunikacją miejską oraz korzystając z uczynności taty i cioci, sprawnie przenosimy się z miejsca w miejsce. Dzięki wielu rozmowom, w naszych głowach pojawiają się kolejne pytania i zagadnienia, które chcielibyśmy rozwiązać przed wyjazdem z Polski. Z jednej strony niespełna dwa lata przygotowań pozwoliły przepracować lwią cześć z nich, z drugiej dostrzegamy trafność decyzji okresu przygotowawczego w Polsce. Co jeszcze zaskoczy nas za granicą?

Notariusz, decyzja o zakupie kamery, porządkowanie spraw bankowych, rozmowy do późna – wszystko jest jak jedno mgnienie, a już siedzimy u rodziców przy stole i jedząc pożegnalne ciasto spisujemy dokładny plan naszej podróży. Będzie zapewne stanowił podstawę do ciekawych i zabawnych rozmów po powrocie. W poniedziałek koleją aglomeracyjną jedziemy do Zgierza z mocnym postanowieniem złapania stopa do Włocławka.

Zazwyczaj, zgodnie ze sztuką, staramy się dać naszemu autostopowemu gospodarzowi odrobinę komfortu i bezpieczeństwa, stojąc na początku zatok autobusowych czy przy parkingach, ale Zgierz nie dał nam takiej szansy. Wszystkie przystanki autobusowe, które mijaliśmy, były w obrębie pasa ruchu. Na szczęście, po ponad półgodzinnym marszu, zatrzymał się obok nas samochód (a nawet nie wystawiliśmy rąk!), a sympatyczny Maciek zaproponował nam podwiezieinie aż pod Ozorków, mimo że nie było mu to po drodze! Tak autostopowicz zrozumie autostopowicza 🙂 Maciek jest członkiem Polskiego Towarzystwa Autostopowego. Dziękujemy! Później na trzy raty pokonaliśmy dystans dzielący nas od Wisły i zostaliśmy przywiezieni pod wskazany adres. Nad ludzką dobrocią, której doświadczamy nie raz się zastanawiam – tak mało się o niej mówi w dyskursie medialnym, a tak wiele bezinteresowności jest codziennie wokoło.

Paweł

2 Comments

  1. Byliście u Borówek? Serio? Jeśli tak to super!
    A co z Italią? Bo coś mi się nie zgadza – według moich wyliczeń powinniście już tam z Jarkiem i Kasią być – ???
    I sugestia – może odpis dyplomu Dominiki w języku angielskim też by się przydał?
    Całuję, ściskam i kibicuję!
    Pawłowa matka chrzestna. ???

    1. Twoje wyliczenia są trafne, bo cieszymy się już słońcem w Italii. A wizytę u Borówek potwierdzamy 🙂

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*