/ 20 października, 2018/ Watykan, Włochy/ 0 komentarz(y/e)

W okolicach murów watykańskich widać poruszenie wśród policji, w tym części – w cywilnych ubraniach. Nie wspomniałem jeszcze o bardzo licznej, stałej reprezentacji służb mundurowych w całym Wiecznym Mieście.

Rozmieszczeni dwójkami, w wojskowych strojach, z rękami spoczywającymi na długiej broni, stróże bezpieczeństwa działają w ramach – rozpoczętej w 2008 roku – operacji Strade Sicure (Bezpieczne Ulice). W innych miastach Włoch też będziemy widzieli mężczyzn i kobiety w strojach moro obok dużych samochodów i białych namiotów z napisem Esercito, jednak w Rzymie ich obecność jest najbardziej widoczna.

„Bezpieczne ulice” Rzymu

Dzień budzi nas pochmurnym niebem. Zbagatelizowane przeze mnie zapowiedzi synoptyków okazują się trafiać w punkt – około 10 rano zaczyna padać. Byliśmy już po śniadaniu, więc czym prędzej ucieliśmy do campingowych sanitariatów żeby przeczekać przelotne opady. Po kilku minutach rozpogadza się, więc tym razem – pomni ostrzeżeń – przenosimy nasze rzeczy z namiotu do pomieszczenia do przewijania dzieci. Jest już praktycznie po sezonie, więc na szczęście nikt nie dziwi się naszym poczynaniom – jesteśmy sami. Zabieg wykonujemy w samą porę – drugi akord deszczu to urwanie chmury w czystej postaci. Trwające kwadrans, niezwykłe opady, zachwiały naszym przekonaniem co do wodoodporności namiotu. Co prawda podczas tygodniowego biwakowania na Jurze, padało podczas czterech nocy, to jednak tamte warunki zupełnie odbiegają od szalonego zjawiska. Znowu wychodzi słońce, idę do namiotu i dziwię się dwukrotnie – po pierwsze namiot nie przeciekł w ogóle! po drugie – jest niesamowicie brudny. Białe ściany są co prawda świetne w przypadku wysokich temperatur (oddało to nam już przysługę), ale w konfrontacji z bryłkami podrywanej przez ulewę ziemii po prostu przegrał i upaskudził się dookoła. Zabraliśmy się do pracy – trzeba dbać o swój mały dom – myjemy go w pomieszczeniu do kąpania psów (sic!) i suszymy na stabilnym już słońcu. Po spakowaniu całego obozowiska, do wieczora, plecaki przekazujemy pod opiekę campingu. Nocny autobus do Werony mamy tuż przed północą.

Dość szczęśliwie nasz pobyt w najmniejszym państwie świata zbiega się z wolnym wstępem do Muzeów Watykańskich, które na takich zasadach są otwarte dla zwiedzających w ostatnią niedzielę miesiąca. Brak opłaty na wejściu ma jednak swoją cenę – kolejkę wijącą się dziesiątki metrów. Dominika podchodzi do okoliczności spokojniej niż ja. Wyobrażam sobie tłumy wewnątrz i odechciewa mi się oglądania zapowiadanych bogatych zbiorów. Co więcej, gdzieniegdzie ktoś z bezczelnym uśmieszkiem wpycha się w kolejkę, nie tłumacząc powodu takiej zamiany miejsc. Do dziewiątej rano niewidziane przez nas drzwi wejściowe są zamknięte, ale o dziwo, po otwarciu, sznur ludzi wyraźnie porusza się do przodu i zyskujemy co raz lepszą pozycję. W pingwinim marszu idziemy krok za krokiem, by pokonać zakręt i wejść do muzeum. Ze zdziwieniem dostrzegamy jednak kontynuację kolejki do kolejnego załamania murów… Niemniej półtorej godziny spędzone przed wejściem było absolutnie warte tego, co oglądamy w środku. Co prawda, ze względu na wiele kieszeni w moich spodniach, jeszcze trzykrotnie przechodzę kontrolę ze środkami bezpieczeństwa rodem z lotnisk, ale wnętrza zdumiewają!

Arras przedstawiający Korsykę – ważną w naszej znajomości – Muzea Watykańskie

Tak, każda z sal Muzeów Watykańskich jest perełką. Wbrew oczekiwaniom, pomieszczenia okazują się na tyle pojemne, że tłok nieco się rozładowuje, a my jesteśmy prowadzeni do kolejnych wnętrz w porządku chronologicznym. Ze zdziwieniem oglądamy bogate zbiory ze starożytnego Egiptu, czasem przystajemy na chwilę, niekiedy dajemy się porwać i powoli dryfujemy stapiając się w jedno z otaczającymi ludźmi. Często nie wiemy na co patrzeć, czy na rzeźby, czy na bogato zdobione sufity. W każdej sali opisany jest rok jej utworzenia oraz imię papieża i rok jego pontyfikatu. Wiele jest również tablic od możnych donatorów, głównie z Włoch i Stanów Zjednoczonych.

Sufity w Muzeach Watykańskich same w sobie są warte uwagi

Sufity w Muzeach Watykańskich same w sobie są warte uwagi

Po niespełna trzech godzinach osiągamy stały – niski – poziom percepcji. Bogactwo eksponatów już do nas nie dociera, a wszystko staje się powoli przesuwającym się filmem. Ostatnie pomieszczenia przechodzimy wręcz nieskoncentrowani na przestrzeni dookoła. Na dłuższą chwilę udaje nam się jedynie przystanąć i zachwycić Kaplicą Sykstyńską. Tutaj niestety próba poznania wnętrza zderza się z turystycznym gwarem odwiedzających, którzy mimo głośnych napomnień ochrony „silentio! silence! shhhh!” i znaków zakazujących wykonywania zdjęć, przekraczali obydwa obostrzenia z wyrazem satysfakcji na twarzy. Dominika słusznie zauważa, że w internecie można znaleźć dużo lepsze zdjęcia Sykstyny niż te, wykonane ukradkiem.

Plac Św. Piotra – Watykan

W obrębie muzeów można również znaleźć coś dla głodnego ciała, więc (a jak!) posilamy się pizzą i kawą, po czym ustawiamy się w następnej kolejce – do Bazyliki Św. Piotra. Stojąca obok nas para okazuje się być Polakami. Mili państwo dzielą się z nami przykrą historią kradzieży w restauracji, przez co muszą skrócić swój urlop. Mimo tego, półgodzinne oczekiwanie mija bardzo szybko na sympatycznej rozmowie, po czym – przez kolejne bramki bezpieczeństwa – wchodzimy do środka. Trudno z czymkolwiek porównać wnętrze tej świątyni. To banalne stwierdzenie – po prostu trzeba ją zobaczyć i doświadczyć własnymi zmysłami. Co ciekawe, w jednej z naw bocznych po prawej stronie, jest grób Św. Jana Pawła II. Jego ciało nie zostało złożone w Krypcie Papieży, przez co sarkofag jest dostępny cały czas dla odwiedzających. Otaczająca nas wielka przestrzeń jest miłą odmianą po przepełnionych muzealnych wnętrzach. Obydwoje zgadzamy się, że trzeba by je zwiedzić kilkakrotnie, aby móc w pełni skorzystać z bogactwa historycznych artefaktów.

Bazylika Św. Piotra na Watykanie – kopuła

Bazylika Św. Piotra na Watykanie – nawa główna

Po trzech dniach pobytu w Rzymie, nasyciwszy się miastem, zmieniamy plany i zamiast zwiedzać Pizę i Lukę w zapowiadanym deszczu, jedziemy nocnym autobusem z powrotem do Werony. Nieco zmęczeni, ale zadowoleni z wyjazdu, tym razem głębiej zanurzamy się w miasto Montekich i Kapuletich.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*