/ 22 października, 2018/ Włochy/ 0 komentarz(y/e)

Leniwe godziny w Weronie rozpoczęliśmy od poszukiwania przyjaznej kawiarenki, w której będziemy mogli zjeść śniadanie. O godzinie 7 rano miasto dopiero budziło się, mijały nas tylko grupki młodzieży zmierzające na pierwsze zajęcia.

Tu chyba nie ma zwyczaju o poranku stołować się poza domem, ponieważ w większości mijanych przez nas miejsc nie było widać nawet zapalonych świateł. Trafiliśmy wreszcie na otwarte drzwi i uśmiechniętą panią w środku. Nie udało nam się dogadać po angielsku, ale przy odrobinie chęci wystarczą gesty i już po chwili dostaliśmy do stolika aromatyczną kawę i apetycznie pachnące tosty. Jeszcze kilka minut na WiFi i szybki kontakt ze światem – nareszcie obudzeni i przywróceni do sił mogliśmy ruszać na zwiedzanie.

Wąskimi uliczkami dotarliśmy na Piazza Bra, gdzie naszym oczom ukazał się jeden z największych antycznych amfiteatrów we Włoszech. Obeszliśmy arenę dookoła, podziwiając plakaty odgrywanych do dziś spektakli, musicali i koncertów. Rozpoczęliśmy od tych najnowszych, a dotarliśmy aż do afiszu z roku… 1913 zapraszającego na operę „Aida”. Inspirujące było dla nas porównywanie trendów graficznych na przestrzeni tylu lat. Najbardziej przypadły nam do gustu postery z okresu międzywojennego. Zastanawialiśmy się, czy wtedy wśród publiczności obecni byli i Polacy?

Kolejnym obowiązkowym punktem był Casa di Giulietta, czyli Dom Julii. Spora grupa turystów tłoczyła się pod balkonem, na którym bohaterka tragedii nigdy nie stała 🙂 Część osób fotografowała się również z jej posągiem. Też zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na sławnym podwórku i szybko uciekliśmy w kierunku otwartych przestrzeni.

Nie jesteśmy miłośnikami publicznych zgromadzeń, za to uwielbiamy piękne widoki, dlatego tym razem wybór padł na wybrzeże Adygi. Tu spokojnym krokiem przemieściliśmy się do Ponte Pietro, czyli zabytkowego mostu prowadzącego do stóp wzgórza o tej samej nazwie – San Pietro.

Paweł wspominał z poprzedniego pobytu w Weronie drogę na szczyt po kamiennych schodach. My poszliśmy trochę inną trasą, dzięki czemu trafiliśmy do przyjemnego parku na zboczu. Niestety nie ma z niego przejścia do zamku wieńczącego wzniesienie, ale i tak było warto się tam znaleźć i chwilę odetchnąć w cieniu drzew. Nawet udało nam się oswoić kota, który towarzyszył nam przez kawałek drogi. Obok wejścia do tej zielonej enklawy wiedzie trasa kolejki linowej, z działania której nie zdecydowaliśmy się skorzystać. Po wdrapaniu się na najwyższy punkt zachwyciliśmy się panoramą. Mamy nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu 🙂

Czas pozostały do powrotu pociągiem w kierunku Paschiery del Garda spędziliśmy nad wodą, w międzyczasie zaopatrując się w niezbędny prowiant, który i tym razem stanowiła pizza 😉 Ale! Spróbowaliśmy innej opcji, czyli tej kupowanej na kawałki. To chyba był najlepszy z dotychczasowych wyborów. Dostępne było wiele smaków, my skusiliśmy się na trzy kompozycje – pikantną, z pesto i z cukinią. Przygotowane wcześniej, pani na bieżąco podgrzewała w piecyku i pakowała na wynos. Za niewielką cenę smacznie napełniliśmy brzuchy.

Nadszedł czas, by ponownie spotkać się z Kasią i Jarkiem. Ostatnią prostą pokonaliśmy autobusem miejskim (w cenie prawie równej biletowi na pociąg) i dotarliśmy na nasz camping. Żywiołowo wymieniliśmy się doświadczeniami z ostatnich dni, zjedliśmy pyszne spaghetti – tym razem w siostrzanej wersji (bije na głowę te z restauracji!) – i pełni wrażeń zakończyliśmy dzień.

Ostatnie dni nad jeziorem Garda spędziliśmy trochę wolniej, korzystając w pobliskich atrakcji. Zwiedziliśmy okoliczne winnice – oczywiście nie wszystkie, bo jest ich w tym regionie na prawdę dużo! Najczęściej sklep połączony jest z halą produkcyjną i niewielkim muzeum opisującym proces powstawania trunku, prezentującym gatunki wykorzystywanych owoców i przedstawiającym historię miejsca. Na miejscu można również degustować wybrane alkohole przed zakupem, co ułatwia późniejszy wybór butelki. Najbardziej nam przypadła do gustu winnica La Caldane, w której prócz wina można było zaopatrzyć się w pyszne salami, a w kawiarni zamówić zestaw rozmaitych przekąsek i lampkę czegoś mocniejszego lub kawę z kawałkiem pysznego, domowego ciasta.

Jedno popołudnie przeznaczyliśmy na wycieczkę do Sirmione – miasta położonego na cyplu najgłębiej wcinającym się w jezioro Garda, w jego południowej części. Po przejściu przez historyczną bramę do zamku z XIII wieku, znaleźliśmy się na starówce. Krótka chwila wystarczyła, by skusiły nas włoskie lody, ogromne porcje nakładane do wielkich rożków w kilku rodzajach. Wybór smaków był tak ogromny, że pół godziny moglibyśmy niezdecydowani stać przed ladą, ale pani ekspedientka przyszła z pomocą 🙂

Zadowoleni z otrzymanych porcji poszliśmy podziwiać widoki z pobliskiego pomostu. Następnie wyjątkowo wąskimi uliczkami dotarliśmy do niewielkiej plaży przylegającej do murów. Dostrzegliśmy nawet jednego śmiałka kąpiącego się w wodzie, mimo szybko spadającej temperatury i zbliżającego się zachodu słońca. Znów spacer, zdjęcia… Spędziliśmy bardzo przyjemny czas w ciekawym otoczeniu!

Przed wyjazdem Kasi i Jarka nie mogliśmy odmówić sobie jeszcze kąpieli w jeziorze i chwili wylegiwania się na leżaku. Woda wyglądała niezwykle kusząco w to upalne popołudnie, do momentu włożenia do niej stopy. No cóż, spodziewaliśmy się nieco wyższej temperatury, ale skoro postanowiliśmy, trzeba było zrealizować plan. Na szczęście po paru szybszych ruchach pływackich pierwsze wrażenie nieco zelżało i mogliśmy się popluskać. Kilkanaście metrów od brzegu woda nadal sięgała nam do pasa, więc gdy pomysły na kolejne manewry skończyły się, wygramoliliśmy się spowrotem na plażę.

Wieczorami przeznaczyliśmy minimum godzinę na trening gry w tenisa. My z Pawłem prezentowaliśmy poziom początkujący, ale Kasia z Jarkiem to wyższa liga 😉 Cierpliwie tłumaczyli nam podstawy, a ja cieszyłam się z każdej trafionej piłki. Czasami zdarzały mi się nawet celnie uderzone! Pawłowi Szło trochę lepiej, może dobra umiejętność odbijania piłeczki pingpongowej jakoś przełożyła się na nieco większy gabaryt? Chyba mistrzami w grupie amatorów nie zostaniemy, ale warto było poruszać się i spróbować czegoś nowego.

Muszę jeszcze odnotować fakt ostatniej kolacji w restauracji nad brzegiem, o której już wcześniej wspominaliśmy. Pyszne gnocchi oblane wyśmienitym sosem popijaliśmy regionalnym winem. Wyjątkowość uczty dopełniali niezwykle sympatyczni i weseli kelnerzy. Właściwi ludzie na właściwym miejscu, dawno nie spotkałam się z tak doskonałą obsługą! Nasz ulubieniec na koniec rozpisał nam trasę, jaką warto przemierzyć jego kraj rodzinny – Rumunię. Do dzisiaj jesteśmy z nim w kontakcie, jednak wiemy, że podczas tej podróży nie dotrzemy już bardziej na wschód. Szkoda, ale cenne wskazówki zachowamy na przyszłość, bo niezwykle nas zachęcił do eksploracji tych terenów. Jeśli ktoś z Was planuje minimum tydzień w Rumunii, chętnie podzielimy się zdobytą wiedzą!

W dniu wyjazdu z Cisano di Bardolino wstaliśmy jak na nas wyjątkowo wcześnie – przed Kasią i Jarkiem była jeszcze długa droga do domu, a przed nami trasa do Mediolanu, którą postanowiliśmy pokonać autostopem. Jak nam to wyszło? Opowiemy wkrótce 🙂

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*