/ 28 października, 2018/ Chorwacja/ 4 komentarz(y/e)

W stolicy Chorwacji byłem w 2008 roku, wracając z turnieju chórów, odbywającego się w macedońskiej Ochrydzie. Co się zmieniło przez ostatnie dziesięć lat? Głównie moje postrzeganie świata 🙂

Z gościnnych turyńskich progów wyjeżdżamy nocnym autobusem, po spędzeniu jeszcze kilku godzin w mieście. Nieraz we dwoje podejmujemy temat nowych okoliczności naszego życia. Jakie były nasze wyobrażenia, jakie są w nas emocje po ich konfrontacji z rzeczywistością. Obydowje lubimy planować i układać w głowie puzzle, ale nigdy nie mamy przed sobą pudełka, pokazującego spodziewany efekt końcowy. Codzienność nas zaskakuje, ale do wysokiej częstotliwości zmian powoli przywykamy. Jesteśmy nieco bardziej elastyczni i choć czasem spieramy się o rzeczy małe, to w dużych jesteśmy zgodni. Co się zmieniło od opuszczenia Olecka? Przecież ludzie tak szybko nie stają się inni! Dalej zdarza mi się zaplanować trzy rzeczy na raz, albo zapomnieć zabrać plecaka z samochodu, który właśnie nas podwiózł. Na pewno diametralnie inne są otaczające nas zagadnienia. Teraz ważne jest miejsce, w którym będziemy spać i zapas jedzenia na przynajmniej dwa posiłki. Reszta schodzi na dalszy plan, ale cel geograficzny jest ten sam – Nowa Zelandia. Urocze codzienne scenariusze przenoszą nas to zbyt blisko, to znów dalej niż nawet śmieliśmy marzyć. Czasem zdarzy się, że nie musimy intensywnie poszukiwać transportu i mieszkania – to jest czas na zbliżanie się do wolności, na pisanie, na podziwianie piękna, na codzienność i na rozmowy. Ale! Jak zwykł mówić Wojtek (a przynajmniej w pracy): „Do brzegu!”

Ostatnie godziny w Turynie spędzamy odpoczywajac na trawniku, później – nocnym busem przez Ljubljanę – jedziemy aż do stolicy Chorwacji. Chciałoby się napisać, że jedziemy wygodnie, ale rzeczywistość przynosi wiercenie się, zmianę położenia środka ciężkości w obrębie siedzenia (ewentualnie dwóch, kiedy naruszam przestrzeń powietrzną Dominiki). Nie jest to wina autobusu – ot po porostu dzisiaj w podróży: „taki mamy klimat”.

Klimat(yzację) mamy również wczesnym rankiem na przejściu granicznym pomiędzy Słowenią a Chorwacją. Ktoś krzyknie – „przecież mamy Schengen!”. Mamy – fakt – ale posiadając jedną z najdłuższych i strategicznych granic w obrębie UE, Chorwaci przywrócili kontrolę graniczną również na tzw. „wewnętrznej granicy”. Jest chłodno, kiedy wychodzimy z autobusu i gęsiego podchodzimy do budki granicznej. Przypomina mi się gimnazjalny wyjazd do Węgier i wnikliwe sprawdzanie bagaży szkolnej młodzieży. Chwila drżenia (jeszcze nie z zimna), uff, nie musimy wyciągać plecaków i tłumaczyć po co nam cztery noże, kartusz gazu i dziesięć metrów paracordu (Stone Hunters Olecko – dziękujemy! wielozadaniowa linka jest ekstra – przydaje nam się bardzo!). Niemniej przychodzą chłodne chwile… Podróżująca z nami grupka składająca się – według naszych przypuszczeń – z mamy, taty, babci i dwójki dzieci między drugim a czwartym rokiem życia musi złożyć nieco obszerniejsze wyjaśnienia. O ile słoweńska straż graniczna daje się jakoś przekonać (a zimno coraz bardziej), to po drugiej stronie granicy wspomniana grupa musi wyciągnąć bagaże z luku i pójść z rozgniewaną panią w mundurze do oszklonego budynku (jeszcze zimniej!), a my tymczasem wsiadamy i odjeżdżamy. Ruszając, prawie zrywamy asfalt – kierowcy najwyraźniej chcą zmieścić się w rozkładzie. Nie dowiemy się już co było przyczyną konieczności pozostania „rodziny” na granicy, my w lekkiej szarówce dojeżdżamy do celu.

Sprawdziwszy odległość do naszego gospodarza, decydujemy się na godzinny spacer 'a la' dwa dromadery. Otacza nas dalece bardziej zaawansowana jesień niż było nam to dane oglądać we Włoszech. Obserwujemy poranne życie miasta, a ja szukam tramwaju nr 6 z napisem „Sopot”, który zapamiętałem z ostatniego pobytu. Kiedy wspomniany pojazd jedzie w naszą stronę, cieszę się jak dziecko – z resztą często tak okazuję radość 😛 Mimo komórkowej nawigacji, na finiszu przypadkowo wybieram dużo bardziej wymagającą trasę i idziemy po licznych schodach na wzniesienie, to znów serpetnyną brniemy w dół. Tego samego dnia zaoszczędzimy jeszcze dobre pięć minut na tych metrach 🙂 Dzięki uprzejmości Hrvoje, nie musimy czekać z wejściem do domu aż do czternastej, tylko około dziewiątej jesteśmy już w jego dużym mieszkaniu. Mamy do dyspozycji pokój, a pozostałe części są używane wspólnie przez kolejne dwa dni. Niezwłocznie bierzemy prysznic i… idziemy spać.

W południe, jeszcze lekko śnięci, idziemy z naszym gospodarzem do centrum – stąd to już tylko dwadzieścia minut piechotą wzdłuż ulicy Ilica. Mamy bardzo dużo szczęścia, bo chętnie dzieli się on z nami swoją wiedzą i opiniami o stolicy. Stąd wiemy, że powoli znikają stare klimatyczne knajpki z dużymi drewnianymi ladami, w których śmiało można poprosić o dolewkę zimnego mleka do kawy oraz wódkę z… wciśniętą cytryną! Jesteśmy jednak lojalnie uprzedzeni, że ten drugi napój nie jest do końca zdrowy (to tzw. błędy młodości). Ubolewa on nad makdonaldyzacją centrum, nad wejściem nowoczesnych – takich samych jak na całym świecie – knajp, sklepów i kawiarni.

Wchodzimy przez główny plac starego miasta – Trg bana Josipa Jelačića – na Dolac. To ciekawe, że po pokonaniu zaledwie kilkunastu schodów znajdujemy się na dużym targowisku. Sprzedawcy głównie oferują warzywa i owoce, ale jest także miód, zioła, kasze i wszelkie inne płody rolne oraz rękodzieło. Ceny są bardzo zróżnicowane – można kupić winogrono za 5kn/kg, a można i za 10kn/kg. Początkowo zakładamy, że wszystkie wystawione artykuły pochodzą z własnych upraw, ale gdzieniegdzie dają się zauważyć skrzynki z hurtowni. Hrvoje potwierdza, że część oglądanego przez nas jedzenia jest po prostu kupowane. Niemniej, wiele produktów – szczególnie tych charakterystycznych dla regionu – jest smaczniejszych niż w Polsce. Naszym szczególnym zainteresowaniem cieszy się przede wszystkim wspomniane wcześniej winogrono. Po chwili jeszcze jedna ciekawostka – targowisko ma część zadaszoną, znajdującą się… pod placem. Tu już wybór jest inny – ryby, mięso, wędliny, sery… Wszystko, pomimo że mniejsze, bardzo przypomina mi charakterem wrocławską Halę Targową.

Po zrobieniu zakupów na obiad i kolejne posiłki, mimo zatłoczenia w kawiarniach rozlokowanych dookoła placu, udaje nam się znaleźć wolny stolik i po chwili siedzimy we troje, z wolna popijając kawę i obserwując ruch dnia targowego. Wokół nas spokojnie toczą się rozmowy. Świeci intensywne słońce, więc niektórzy raczą się złotym napojem. Widzimy jak niektóre ze stanowisk są sprzątane, a stoły sprzedawców składane. Czyżby koniec interesów? Przecież zbliża się dopiero druga popołudniu! Nie jest to jednak wyjątek – wszakże targ na Dolacu otwarty jest przez osiem godzin od szóstej rano. To ja, przyzwyczajony do wielkich sklepów otwartych przez osiem dni w tygodniu, uległem złudzeniu, że wszyscy dookoła się mylą. Podczas przygotowywania przez nas obiadu, nasz gospodzarz składa propozycję: – dzisiaj wy gotujecie, a jutro ja coś przyrządzę. Pewnie łatwo się jest domyślić – chętnie przystajemy na nią, a następnego dnia wspólnie przyznajemy, że z prawie tych samych składników można przygotować dwie różne potrawy. Konsystencja, warzywa i dobrane przyprawy są nieco inne, ale obydwa posilki są bardzo smaczne i sycące.

Wieczór upływa na spacerowaniu po dwóch historycznych wzgórzach Kaptol (XI w.) i Gradec (XIII w.). Mimo, że obydwie osady dzielił tylko niewielki potok Medveščak, rywalizowały one ze sobą od czasu powstania, aż do zjednoczenia w połowie XIX w. Czyżby wielowiekowe zatargi to efekt niepokornej słowiańskiej duszy? Co ciekawe, tak jak w Polsce, w Chorwacji populane stały się mikrobrowary, więc może warto wybrać się do Zagrzebia, chociażby spróbować lokalne piwo? Niestety, nasze poszukiwania lokalnego trunku spełzają na niczym z prozainczej przyczyny – wszędzie „już wyszło”. Szybko okazuje się, że nie byliśmy jednak aż tak mocno nastawieni na ów regionalny specjał, więc bez wielkiego żalu zadowalamy się jego czeskim i angielskim odpowiednikiem 🙂

Wkróte dalszy ciąg opowieści…

Paweł

4 Comments

  1. Z deszczowego Zagrzebia pozdrawia współtowarzyszka z Bośni 😉

    1. Dziękujemy bardzo 🙂 My już w Barcelonie czekamy na jacht. W najbliższych dniach będą pojawiały się nowe historie, w tym te – z Twoim udziałem 😉

  2. Strzaskaliście się na mahoń! Cudna podróż i cudne Wasze opalone pyszczki ??

    1. Mahoniowi ludzie pozdrawiają w drodze do Barcelony 🙂

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*