/ 26 października, 2018/ Włochy/ 0 komentarz(y/e)

Do Turynu dotarliśmy późno, dawno po zachodzie słońca. Oczywiście w autobusie naczytałam się, co w tym mieście zobaczyć, czego nie warto, a gdzie w ogóle nie powinniśmy się znaleźć. I właśnie w takie miejsce mieliśmy się dostać.

Wskazówka ze stron internetowych mówiła, że jeśli już będziemy w okolicach stacji Porta Nuova, przynajmniej powinniśmy starać się nie wyglądać jak turyści. W naszych plecakach zabrakło jednak peleryny-niewidki, niewiele więc mogliśmy w tej kwestii zrobić. Na szczęście trasa do mieszkania Marysi i Marty była bardzo prosta i nic po drodze nie zakłóciło naszego spokoju. Pozostałą część wieczoru spędziliśmy na rozmowie i planach na kolejne dni.

Zgodnie z ustalonym harmonogramem, wstaliśmy w sobotę bladym świtem około godziny ósmej. Żwawo zabraliśmy za śniadanie i poranną toaletę, aby zdążyć na znaleziony w internecie Free Tour po Turynie, który miał rozpocząć się o 10:30. Jako, że miejsce zbiórki było tuż obok, do wyjścia zebraliśmy się o 10:35, a na punkt dotarliśmy 10:45. Tu spotkaliśmy się z grupą dziewczyn z Hiszpanii, które dotarły równie w porę. Nie udało nam się ustalić, czy wycieczka tak szybko ruszyła do kolejnej atrakcji (do tej pory spotkaliśmy się z tym, że przewodnik zawsze czekał kilka minut), czy po prostu tego dnia nie miała się odbyć. Aby nie tracić dobrze rozpoczętego dnia, udaliśmy się na nasz prywatny spacer. Marysia i Marta zaproponowały trasę wzdłuż rzeki Pad. Chętnie przystaliśmy na ten pomysł, lubimy wodę, a własnej wiedzy o Turynie nie posiadaliśmy. W połowie drogi nawet zaświeciło nam słońce, co spotęgowało sympatyczną aurę.

Poniżej pierwszego punktu widokowego zobaczyliśmy uniwersytecką przystań wioślarską, a na wodzie trenujących sportowców. Chwilę przyglądaliśmy się ich zmaganiom, po czym ruszyliśmy na dalszą eksplorację okolicy. Za parę kroków dotarliśmy do ślicznego parku. Marta pokazała nam zdjęcie z dnia poprzedniego, jak w tym samym miejscu spotkały nutrię lub coś do niej podobnego. Tym razem obok nas kicały tylko wiewiórki, ale również sprawiły nam radość. Bardzo przypadły nam do gustu równo przycięte trawniki, ozdobne drzewa i krzewy w czasie kwitnienia, szemrzące strumyki wśród okrągłych kamieni… Po wyjściu z zielonej oazy minęliśmy dużą fontannę (trochę przypominała nam rzymską Di Trevi, ale była mniejsza, nie podziwiały jej tłumy i brakowało jej charakterystycznego oświetlenia) i skierowaliśmy się na most.

Tu znów w dole migały nam wiosła kajakarzy, które zostawiały na wodzie ślady niczym nartniki-giganty. Drugie wybrzeże zagospodarowane jest pod pieszych i rowerzystów. Mijały nas grupki biegaczy, ale nikt z naszej czwórki nie poczuł powołania, by do nich dołączyć. Skusiliśmy się jednak na wspinaczkę na przylegające do Padu wzgórze Monte dei Cappuccini. Na jego wierzchołku góruje nam miastem barokowy kościół Santa Maria del Monte z klasztorem mnichów kapucynów. Udało nam się zwiedzić wnętrze świątyni oraz – po wyjściu – nacieszyć oczy panoramą miasta. W oddali delikatnie zarysowywały się szczyty masywu górskiego. Podobno, przy dobrej widoczności, widać wyraźnie Alpy. Po zejściu natrafiliśmy kościół Gran Madre Di Dio, który wieńczy historyczny most im. Wiktora Emanuela I. Po przejściu nad rzeką, na przeciwnym brzegu trafiliśmy na największy w mieście plac Vittorio Veneto. Po lewej i prawej stronie mijaliśmy sznur restauracji, kawiarni, barów i trattorii.

Sygnał, że czas wracać do domu, wysłały nam nasze brzuchy. Zrobiliśmy szybkie zakupy i zabraliśmy się za przygotowanie domowej, włoskiej pasty. Postawiliśmy na serowy smak i powstało Rigattoni al gorgonzola urozmaicone rukolą i migdałami. Polecamy- szybkie, proste i smaczne danie 🙂 Po poobiedniej siescie znaleźliśmy jeszcze trochę sił na ponowne ruszenie w miasto. Tym razem dotarliśmy do Piazza San Carlo z bliźniaczymi kościołami San Carlo i Santa Cristina, również w stylu barokowym. Dalej przeszliśmy przez Piazza Castello z majestatycznym Pałacem Królewskim, aby ostatecznie dotrzeć do Katedry Turyńskiej. Tu mieliśmy okazję obejrzeć prezentację na temat Całunu Turyńskiego oraz znaleźć się w kaplicy, gdzie jest przechowywany. Nie jest on wystawiony na widok publiczny, jednak fragment kopii udostępniono wiernym. Nadszedł wieczór i kolejna sympatyczna kolacja. Przewidzieliśmy kanapki z prosciutto i konfiturą melonową, która po otwarciu okazała się… musem jabłkowym! Nie sprawdziliśmy, że włoskie „mela” oznacza inny owoc, niż z racji podobieństwa fonetycznego założyliśmy.

Następnego dnia rano dziewczyny miały zajęcia, a my zrobiliśmy przegląd bagażu, aby część kilogramów bezpiecznie odłożyć na trzy tygodnie. Na szczęście udało się coś uzbierać, dzięki czemu byliśmy już w stanie unieść plecaki. Pożegnalny obiad oczywiście był makaronem, tym razem wersja Spaghetti Bolognese. Krótki relaks po jedzeniu szybko minął i Marysia z Martą musiały uciekać na kolejne zajęcia, a my ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego. Czekała nas nocna przeprawa do Zagrzebia! Po drodze jeszcze znaleźliśmy czas na kawę, napisanie kilku kartek i uwolnienie głów od dotychczasowych planów by zrobić miejsce na nowe 😉 Jeszcze ostatnie dzienne promienie słoneczne udało nam się złapać na zadbanym trawniku w okolicach Dworca Vittorio Emanuele. Tu też wykonaliśmy telefony do najbliższych, doczekaliśmy godziny odjazdu i w drogę! Następny przystanek: Chorwacja 🙂

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*