/ 15 listopada, 2018/ Bośnia i Hercegowina/ 0 komentarz(y/e)

Zgodnie z ustaleniami z wieczoru poprzedniego (potwierdzonymi jeszcze telefonicznie) stawiliśmy się prawie punktualnie (kwadrans studencki nadal nas chyba obowiązuje?) w Avaz Twist Tower.

Jest to jeden z punktów na mapach turystycznych, figurujący jako najwyższy budynek w mieście, a za razem siedziba najważniejszego czasopisma. My jednak dotarliśmy tu w innym celu – wynajęcia samochodu. Na miejscu okazało się, że nasz mały poślizg czasowy i tak zostanie bez znaczenia, ponieważ nasi towarzysze Ola, Marta i Andrzej również dotarli na miejsce kilka minut po umówionej porze. Skutkowało to obrażeniem się pana z wypożyczalni, który zamiast zaczekać chwilę, odjechał, zostawiając wiadomość, że dotrze w bliżej nieokreślonym „później”. To później przeciągnęło się do dwóch godzin. Ponieważ nie mieliśmy alternatywy, przesiedzieliśmy ten czas na kanapach w korytarzu. My z Pawłem nawet skorzystaliśmy z przestoju, bo zdążyliśmy uzupełnić prowiant. Na szczęście ostatecznie na parking podjechał biały Peugeot, a Ola z panem obeszli pojazd, notując wszystkie rysy i zadrapania – mogliśmy ruszać w drogę!

Pierwszy przystanek zaplanowaliśmy tuż za Sarajewem, a dokładniej za Ilidžą, w której dotychczas mieszkaliśmy. Ze śmiechem stwierdziliśmy, że mogliśmy tutaj się dosiąść, dłużej zostając w mieszkaniu, ale nie przewidzieliśmy wcześniej takiej trasy. Po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się przy parku mieszczącym źródło rzeki Bosny, wzdłuż której pokonywaliśmy całą odległość do stolicy. Po zakupie biletów wejściowych dostaliśmy się za ogrodzenie. Miejsce okazało się ładne, zielone i zadbane, ale nie znaleźliśmy tutaj niczego zapierającego dech w piersiach. Dlatego, po chwili na zdjęcia (Andrzej jako zapalony fotograf dał kilka cennych wskazówek Pawłowi) i kawie w centralnie położonej kawiarni, zdecydowaliśmy się ruszać w dalszą trasę.

Krajobrazy przesuwające się za oknami były urzekające. Otaczały nas góry, których zalesione szczyty pięły się ku niebu, w dole szmaragdowo pobłyskiwała woda w rzece, miejscami rozlewając się w większe zbiorniki, a kolorytu wszystkiemu dodawały promienie zachodzącego słońca. Droga wiła się serpentynami, a Ola świetnie dawała sobie radę z koordynacją skupienia na kierowaniu, podziwianiu widoków i ignorowaniu impulsywnych reakcji bałkańskich kierowców. Tu muszę zaznaczyć, że w karajach byłej Jugoslawii najważniejszym elementem wyposażenia samochodu jest klakson. Służy on do pozdrawiania znajomych i nieznajomych, dawania wyrazu swoich emocji – silnych i słabych, pozytywnych i negatywnych, ostrzegania przed niebezpieczeństwem, sprawdzenia czy nadal działa i zazwyczaj po prostu warto go użyć.

Po licznych wrażeniach towarzyszących podróży, dotarliśmy do Mostaru z brzuchami wołającymi o posiłek. Na szczęście znalezienie restauracji nie stanowiło żadnego problemu i po kilku minutach mogliśmy ucztować. Smakowaliśmy bałkańskich potraw i wypełnialiśmy żołądki: sarmą, czyli gołąbkami zawiajnymi w liście winogron, faszerowaną cebulą, nadziewaną papryką, ryżem z warzywami, burkiem, czyli ciastem półfrancuskim zawijanym z mielonym mięsem, sirnicą – odmianą z serem, ćevapi, czyli paluszkami z mielonego mięsa podawnymi z pitą, siekaną cebulą i ajwarem – pastą paprykową, pljeskavicą, czyli ćevapi w kształcie tradycyjnego kotletu, na koniec zapijając wszystko bosanską kawą. Nareszcie mieliśmy energię, by ruszyć na zwiedzanie miasta w świetle licznych latarni 😉

Udaliśmy się kamiennymi uliczkami w stronę historycznego Starego Mostu, który jest znakiem charakterystycznym miasta. Powstał w XVI w., jednak podczas wojny w 1993 r. został zburzony. My weszliśmy na jego odbudowaną wersję. Trochę ślizgałam się na gładkich kamieniach kremowej barwy, co kilkadziesiąt centymetrów podzielonych niewysokimi, poprzecznymi wypukłościami. Cieszyłam się, że było sucho, bo w deszczu albo przemieszczałabym się na czterech kończynach, albo w ślimaczym tempie pełzła uwieszona na barierce. Dziś most pełni symboliczną funkcję, dzieląc Mostar na część muzułmańską i część katolicką. To wyjaśniło, dlaczego w menu mijanych restauracji piwo pojawiło się dopiero za rzeką… A skoro już je znaleźliśmy, to zdecydowaliśmy, że warto skosztować złocistego trunku. Uznając wieczór za kompletny, gotowi byliśmy udać się na spoczynek. My z Pawłem szliśmy już nawet na nocleg „na dziko” za miastem. Marta zarezerwowała przez internet pokój dla dwóch osób z nadzieją, że we troje też będą mogli w nim spać. Siła przekonywania Oli skłoniła panią, która go wynajmowała, do przyjęcia nawet nie trzech, a wszystkich pięciu osób przy niewielkiej dopłacie. Zabraliśmy więc bagaże z samochodu, rozlokowaliśmy je w nowej przestrzeni i każdy znalazł sobie przytulny kąt na nocleg.

Rano trzeba nam było rozstać się z trojgiem naszych symatycznych współpodróżników. Musieli wrócić samochodem do Sarajewa, następnie zdążyć na samolot do Budapesztu, a dalej dostać się do Polski. Marta jeszcze znalazła siły, by wcześniej wstać i uzupełnić zwiedzanie Mostaru o kilka miejsc. W pośpiechu zapomniała zabrać swój tablet, o czym poinformowała nas kilka godzin po odjeździe. Szczęśliwie nas terminy nie goniły i jeszcze sporą część dnia przeznaczyliśmy na spacery po mieście. Udało nam się odzyskać zgubę i udaliśmy się z nią na pocztę, by wysłać do właścicielki. Pan z początku pomocny, zaproponował zapakowanie sprzętu w foliową kopertę. Uznaliśmy, że jest to zbyt ryzykowne i wolelibyśmy jakieś pudełko, na co został nam zaproponowany karton po papierze do ksero. Jego wymiary znacznie przewyższały rozmiar tabletu, więc poprosiliśmy o coś mniejszego. W tym momencie pan zaczął powtarzać w kółko „No sent! No sent!” i machać rękami. Gdy próbowaliśmy jeszcze coś powiedzieć, krzyczał „tylko srbski!”, co uniemożliwiało nam jakąkolwiek komunikację… W ten oto sposób urządzenie, po przejechaniu jeszcze dwóch krajów, wróciło z nami do Włoch. Jaki los spotkał tablet w Italii? Dowiecie się z kolejnych wpisów 😉

Przygoda na poczcie nie była jedynym interesujacym elementem tego dnia. Pozostałe na szczęście były bardziej atrakcyjne. Przyjemnie świeciło nam słońce, a my niespiesznie okrążaliśmy miasto. Kręciliśmy się po uliczkach po obu stronach mostu, napotykając kolejne mury zniszczone kulami podczas wojny. Wiele budynków stoi pustych, w stanie grożącym zawaleniem, a obok nich powstają nowe mieszkania. Tworzy to przygnębiający obraz, przypominający na każdym kroku o ostrzałach miasta, które miały miejsce jedynie trzydzieści lat temu. Mimo to, mieszkańcy są uśmiechnięci, energiczni i pomocni.

Dotarliśmy również nad brzeg rzeki Neretwy, Stary Most mając teraz ponad głowami. Słyszeliśmy, że są śmiałkowie skaczący z niego do wody. My widzieliśmy tylko dwóch młodych mężczyzn wycierających się ręcznikami, nie wiedzieliśmy jednak, czy wcześniej pokonali powietrzną drogę w dół. W pewnym momencie dostrzegliśmy również człowieka w samych kąpielówkach, który niepewnie przechadzał się na górze, jednak po chwili zniknął. Może należał do grupy „odważnych”, o których słyszeliśmy od Oli, którzy deklarują się skoczyć po uzbieraniu od gapiów określonej kwoty, a po zdobyciu gotówki rozpływają się w tłumie?

Zahaczyliśmy również o meczet Koski Mehmed Pasha – drugi najbardziej rozpoznawalny symbol Mostaru. Przez wielu polecana jest panorama na miasto z wieży minaretu. Wejście jest płatne, dlatego zdecydowaliśmy się jedynie na okrążenie zielonego dziedzińca, tym bardziej, że na dachy budynków patrzyliśmy już ze Starego Mostu i wyższych terenów okalających centrum. Kwadratowy plac jest oddzielony od gwarnej ulicy jedynie murowaną bramą, jednak panuje tu cisza i spokój.

Ostatnim punktem, na który nie udało nam się dotrzeć, była Wieża Snajperów. To z niej podzczas wojny prowadzony był ciągły ostrzał. Obecnie budynek jest opuszczony i stanowi przestrzeń użytkowaną jedynie przez graficiarzy, squattersów i… turystów. Choć wejście jest nielegalne, sporo osób decyduje się na ryzyko, ze względu na piękny widok na miasto i niepowtarzalne malunki na ścianach. Ja pobieżnie sprawdziłam w domu jej położenie i byłam pewna, że trafimy na miejsce – przecież to najwyższy budynek w okolicy! Niestety, podobnych, zniczonych konstrukcji dookoła było na tyle dużo, że nie byliśmy pewni, która to ta właściwa. Dodatkowo żar lejący się z nieba odbierał nam już siły na kolejne metry, zdecydowaliśmy więc zachować resztki energii na podróż z plecakami pieszo poza miasto, by łapać kolejny autostop. Zamarzyliśmy sobie dotarcie wieczorną porą do Vrelo Buna, czyli źródła rzeki Buny, słynącego ze swego niezwykłego uroku.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*