/ 13 listopada, 2018/ Bośnia i Hercegowina/ 0 komentarz(y/e)

Pewnie zacznie wiać nudą, kiedy okaże się, że w Sarajewie też wybieramy się na free-tour. Może bez przesady z tym „budżetowaniem”? Na szczęście dla wpisu (przynajmniej na razie) nieco spóźniamy się na umówione miejsce i dajemy się ponieść temu, co przyniesie dzień. W sobotę trzynastego października wydarzyło się wiele.

Na nasze opóźnienie w dotarciu na Baščaršija pod historyczną drewnianą fontannę Sebilj wynosi nie więcej niż pięć minut i jest spowodowane długim – czterdziestominutowym przejazdem tramwajem. Nasza „10” zaczyna trasę pod blokiem w Ilidžy, a kolejna pętla jest zlokalizowana w okolicach wspomnianego placu. No dobra, po prostu mogliśmy wyjść wcześniej 🙂 Na miejscu podejmujemy jeszcze kilka prób połączenia się z wycieczką, ale grup było tak wiele, że po trzecim nieudanym zagadaniu do spotkanego przewodnika w stylu: „Cześć, czy zaczynaliście może free-tour o 11:00?” odpuszczam sobie.

Wczuwamy się w atmosferę gwarnej stolicy, pilnujemy kieszeni i puszczamy się z biegem przepływającej rzeki ludzi. Warto tak zacząć, bo chociaż każde miasto ma swój charakter, to Sarajewo jest całkiem odmienne od tych dotychczas poznanych przez nas. Jest przedpołudnie, po sezonie turystycznym, a mieszanka nacji i kultur wydaje się już dawno osiągnąć maksimum pojemności ulic. Wyjątkowo mi to nie przeszkadza, bo chociaż nie lubię tłoku i szczerze wolę małe miasteczka od metropolii, to do głowy dociera tak wiele urzekających bodźców, że ignoruję tę małą niedogodność. Płyniemy dalej wśród warsztatów wykonujących cuda z metalu – dżezwy, talerze, misy i dzbanki, dotykamy bogato i orientalnie zdobionych tkanin, widzimy piękne dywany, a w wielu miejscach zniewalająco pachnie kawą. Znów zwracam uwagę na przeciwny bieg rzeki, który niesie w drugą stronę. Panie i panowie, turyści i miejscowi, raczej mało jest dzieci. Niektóre kobiety w hidżabach idą pod rękę z tymi ubranymi „po europejsku”. Również przy stolikach widać mieszanki, które ciężko wyobrazić sobie w innych, spolaryzowanych społecznościach. Nie raz zwracano nam uwagę, że miasto szczyci się swoją wielokulturowością.

Po wejściu w kolejną ulicę mijamy liczne jadłodajnie, w tym przede wszystkim kawiarnie, cukiernie i buregdžinice. Te ostatnie na długo zostaną w mojej pamięci. Może właśnie odżywają przygaszone kulinarne bodźce z macedońskiej eskapady sprzed lat, może to po prostu „mój smak”, może… Fakt faktem, o śniadaniu już dawno zapomnieliśmy, a mieszanka zapachów teraz pobudza apetyt. Siadamy w Buregdžinicy Bosna. Menu wydaje się proste – burek w trzech odsłonach, z sosem lub bez, z kefirem do popicia, jeżeli jest ochota. Dla jednych przereklamowane regionalne jedzenie, dla drugich – punkt odniesienia w ocenie innych potraw, mierzonych procentami „burkowości”. Zaliczam się do tych drugich. Na szczęście Dominika nie jest anty-fanką mieszkanki ciasta półfrancuskiego i nadzienia – serowego, szpinakowego czy mięsnego, więc bierzemy dwa różne smaki (z sosem i kefirem) i jemy po pół – to najczęstszy stosowany przez nas (i okazuje się, iż nie tylko) sposób poznawania nowych smaków. Te burki, sprzedawane na wagę i odkrajane na miejscu z dużych blach, miały w sobie sto procent „burkowości”. Serdecznie polecam ten lokal i tę potrawę. Porządnie się najedliśmy i postanawiamy zmienić otoczenie. Niemniej jednak idziemy we dwoje 😉

Gdzieś wcześniej mignęła nam tablica informacyjna z rozrysowanymi trasami turystycznymi wokół miasta i znajdujemy szlak na Vrh Trebevića – szczyt, na który można się również dostać kolejką linową, będący jednym z najważniejszych punktów podczas rozgrywanej w 1984 roku. Krętą, asfaltową drogą pniemy się pod górę i zdobywamy kolejne metry w pionie. Wznos jest zadziwiający, choć mniej niż fakt, że droga ta jest przeznaczona również dla samochodów! Nie wiemy, czy mały ruch spowodowany jest lokalizacją szlaku, czy kierowcy omijają to miejsce, nie będąc pewnymi kondycji układu hamulcowego. Pieszych również jest niewielu, choć w miejscu, w którym zatrzymaliśmy się popatrzeć na Białą Twierdzę, mijamy panią z towarzyskimi psami.

Jeszcze trochę zakrętów i przystajemy, aby napić się wody. Spotkani w tym miejscu rowerzyści po angielsku zapytali, czy potrzebujemy pomocy. Dowiedziawszy się, że wbrew pozorom dajemy sobie radę, niestrudzenie pognali pod górę. Nie wiem, czy wyglądaliśmy na tak zmęczonych, niemniej każdy przejaw zainteresowania obcej osoby naszym losem, duchowo przybliża nam w podróży nasze rodziny, przyjaciół i znajomych. Za chwilę nawierzchnia zmienia się na typową dla tzw. „dróg gruntowych”, a my mijając coś na kształt większej, rodzinno-sąsiedzkiej imprezy, idziemy dalej. Trzeba zaznaczyć, że oznakowanie szlaku jest bardzo intuicyjne i co kilkanaście kroków mijamy okrągłe symbole, wskazujące właściwą ścieżkę.

Nad naszymi głowami bezgłośnie przesuwają się wagoniki wspomnianej wcześniej kolejki – przecinamy jej bieg i udajemy się w stronę zniszczonych budynków. Po drodze wyprzedza nas samochód, który nieco później spotykamy zaparkowany obok ruin. Walki w ich pobliżu musiały być częste lub intensywne, bo wyrwy w murach ukazują ślady po pociskach różnego kalibu i pozostawiają w sercu przygnębiające memento.

Wchodząc na pobliski szczyt górujący nad miastem mijamy wojenny akcent – pozostałości granatu. Po przejściu kilkudziesięciu kroków naszym oczom ukazuje się imponujący widok na zamglone – czy może zadymione – Sarajewo. Jesteśmy dość blisko miasta, a jednak z wysokości patrzymy na obydwie twierdze. Co więcej, nie jesteśmy sami – państwo z białego pojazdu, który mijał nas po drodze, też przyszli popatrzeć na okolicę. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zainicjować nowej znajomości. Starszy mężczyzna chętnie wskazuje nam charakterystyczne punkty w dole i opowiada o Zimowych Igrzyskach, swojej pracy w Niemczech i o wojnie.

Ostatni temat okazuje się być dominantą rozmowy, ale na twarzach Bośniaków nie zauważamy bólu – może lekką zadumę. Tutaj też po raz pierwszy słyszymy o budowanym dwa lata tunelu, który podczas czteroletniego Serbskiego oblężenia i ostrzału z okolicznych wzgórz, był jedynym oknem na świat. Zbudowany przebiegle pod lotniskiem ONZ miał niezabezpieczone jedynie wejścia, będące obiektem ciągłych ataków. Koniec korytarza w mieście zlokalizowano w kamienicy – z tego co zrozumieliśmy, a dokładniej w… pokoju jednego z budynków. Drugi – zewnętrzny – był zamaskowany labiryntem zasieków, stąd wrogiej armii nie było do końca wiadome, gdzie znajduje się ten właściwy. Zostajemy poczęstowani słodką, mocną kawą z termosu i wciągamy nosem świeższe niż w centrum powietrze. Nacieszywszy się okolicą i niecodziennym spotkaniem schodzimy tą samą drogą na kolejny kulinanry akord.

Fotografujemy jeszcze jeden z mijanych muzułmańskich cmentarzy, tak licznych w Sarajewie. Wyznawcy islamu stanowią tu 3/4 ludności. Dominika świetnie znosi ból pleców, jednak by trochę ulżyć nadwyrężonym mięśniom postanawiamy poczekać w jednej z kawiarnii do kolejnego free-touru rozpoczynającego się o godzinie szesnastej.

Tym razem czas na… herbatę (dla Dominiki), kolejną kawę (dla mnie) i deser, bo burek najwyraźniej ma właściwości utrzymywania uczucia sytości przez długie godziny 🙂 Jak kawa na Bałkanach, to tylko bosanska! Do tego mały eksperyment – lokuma, czyli coś w rodzaju słodkiej, gęstej galaretki, w tym przypadku przyprószonej cukrem pudrem. Efekt był znakomity! Do tego wzięliśmy jeszcze po cieście, ja popularną tutaj baklavę, a Dominika drugi smakołyk bierze nieco w ciemno, bo nie mogliśmy w karcie znaleźć nazwy, odpowiadającej tej wypowiedzianej, przez kelnerkę. Słuch nam się pogorszył przez to świeże, górskie powietrze! Niemniej do uszu dolatuje wezwanie muezina do kolejnej z pięciu przepisowych, codziennych modlitw. Tym razem pod punktem zbornym wycieczki jesteśmy już pół godziny przed startem zwiedzania. Daje to możliwość krótkiej pogawędki z argentyńską starszą parą, która chętnie opowiada o swoich zagranicznych podróżach. Znajdujemy też ciekawostkę – zbieżne priorytety naszych rodaków. W ich przypadku, każdy mężczyzna powinien w swoim życiu dokonać trzech rzeczy: mieć syna, napisać książkę i zasadzić drzewo. Brzmi znajomo, prawda? Ciekawe, co trudniej doprowadzić do szczęśliwego zakończenia – ukończenie literackiego dzieła, czy budowę domu?

Od naszego przewodnika dowiadujemy się, że atrakcyjną lokalizację pod założenie miasta dostrzegli Turcy Osmańscy, którzy w XV w. rozpoczęli osadnictwo. Miejsce leżące na szlaku handlowym mogło służyć za teren do odpoczynku tureckich karawan. Możliwe, że jest to genezą nazwy dzisiejszej stolicy. Przedrostek jest związany z nazwą zajazdów dla kupców, zwanych karawanseraj, (jeden z oryginalnych budynków udaje nam się nawet zobaczyć wewnątrz), natomiast druga część nazwy pochodzi od słowa ovasi, czyli „pole”. W jednej z ocalałych tureckich gospod, nadal kwitnie handel, a na kwadratowym dziedzińcu można stołować się w jednej z restauracji.

Podczas ponad czterystuletniego władania założycielskiej dynastii miasto prężnie się rozwijało, stając się najważniejszym ośrodkiem w rejonie. Kiedy władzę na czterdzieści lat przejęli Austriacy, miasto przeżywało intensywny okres modernizacji infrastruktury. Powstała pierwsza w Europie zasilana elektrycznie linia tramwajowa, a dopiero rok później taka sama zaczęła kursować w stolicy cesarstwa – Wiedniu. Czując subtelny charakter miasta, wielu z powstających budynków nadawano styl „pseudo-mauretańskim”, a architekci podczas podróży wzorowali się na kontrukcjach z Maroko i Algierii. Jednym z przykładów jest bryła Ratusza, lecący tuż nad rzeką Miljacka. Mocnym historycznym akcentem Sarajewa jest zabójstwo Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda I i jego małżonki Zofii. Znany fakt nowożytnej historii zostaje teraz mocniej osadzony w pamięci przez obecność w miejscu zdarzenia. Dotychczas również nie wiedziałem, że para zginęła dopiero podczas drugiej próby zamachu.

Zwiedzanie przynosi też dwa polskie akcenty. Jednym z nich jest figura papieża Jana Pawła II, który był mieszkańcom niezwykle bliski, ze względu na jego zdecydowaną postawę nawołującą do pokoju, kiedy świat milczał na temat bałkańskiego dramatu. Również dwie pielgrzymki, które odbył odwiedzając miasto, utwierdziły tę przyjaźń niezależnie od narodowości i wyznawanej wiary. Jego pomnik stoi przez Katedrą pw. Serca Jezusowego. Na kamiennej płycie chodnikowej jest również „sarajewska róża”, jedna z wielu, mająca przypominać o nieodległych, tragicznych czasach. Na dziedzińcu niedaleko położonego meczetu Ferhadija džamija widać kilku modlących się mężczyzn. Zaledwie trzy niewielkie przecznice dalej znajduje się prawosławny (prawosławni zwani są tutaj „ortodoksami”) sobór Narodzenia Matki Bożej. Jeszcze bliżej muzułmańskiej świątyni, w synagodze wybudowanej w XVI w., znajduje się muzeum żydowskie. Niezwykły klimat przenikania się kultur i religii na małej przestrzeni od razu przypomina mi moją pierwszą wizytę w Wilnie, w której przewodnikiem był mi bliski przyjaciel. W bezpośrednim sąsiedztwie mocno osadzonej w świadomości polskich katolików Ostrej Bramy, oprócz świątyń wyżej wymienionych wyznań, znajduje się jeszcze cerkiew grekokatolicka.

Wspominałem o akcentach w liczbie mnogiej, a skupiłem się na jednym, błądzac w dygresjach, przejdźmy więc teraz do drugiego. Podczas odkrywania kolejnych zakamarków starego miasta, poznajemy innych, polskiego pochodzenia uczestników free-touru – Olę, Martę i Andrzeja. Dodatkowo okazuje się, że wszyscy są na Bałkanach nie pierwszy raz, a Aleksandra, absolwentka bałkanistyki, języka może uczyć tubylców 🙂 Proponujemy wspólne spędzenie czasu, dzięki czemu zostajemy zabrani na wieczorną panoramę miasta do Żółtej Twierdzy. Mamy z tego jeszcze jeden zysk – uporządkowanie wiedzy, bo okazało się, że odwrotnie nazwaliśmy Białą i Żółtą Twierdzę 😉 Po pocztówkowym (Andrzej – dziękuję za polski odpowiednik angielskiego „picturesque”, bo szukałem go od miesiąca – od pobytu nad Gardą) widoku poszliśmy na… bosanską kawę! Tam też pada ze strony rodaków propozycja wspólnego wypożyczenia samochodu i wyjazd do Mostaru. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że dzięki sympatycznej trójce dalsza podróż układa nam się sama. Nie musimy już szukać na mapie dogodnego miejsca do zatrzymywania kierowców. Żegnamy się i w dobrym nastroju jedziemy do Ilidžy, mając już pierwsze wyobrażenia jutra.

Paweł

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*