/ 19 listopada, 2018/ Bośnia i Hercegowina, Chorwacja/ 0 komentarz(y/e)

Gdy słońce było już dość wysoko na niebie zabraliśmy się za zwijanie obozowiska.

Dostaliśmy wiadomość od Damira, że on niestety musi już wracać do Sarajewa, ale naszą butelkę zostawia w restauracji, na którą podał nam namiary. Skoro już nie musieliśmy się spieszyć, postanowiliśmy pojechać stopem. W ciągu pół godziny przejechało obok nas może dziesięć samochodów, z czego połowa w stronę przeciwną, zdecydowaliśmy więc przemaszerować kawałek i zobaczyć, co spotka nas po drodze. Tym bardziej, że temperatura przekraczała już trzydzieści stopni i stanie na poboczu stawało się męczące. Natrafiliśmy wkrótce na przystanek autobusowy, na którym czekało kilka osób. Dogadaliśmy się, że można stąd dojechać do miasta za jedną markę, czyli około pół euro. Wybór był prosty – jedziemy!

W restauracji bez trudu odzyskaliśmy filtr i dodatkowo skusiliśmy się na wczesny obiad w postaci naleśników. Paweł jeszcze załatwił z kelnerem, że mogliśmy na zapleczu zostawić na kilka godzin plecaki. Zadowoleni z obrotu spraw ruszyliśmy zwiedzać okolicę. Najpierw obraliśmy kurs na polecone nam wzgórze Crkvina, na szycie którego góruje nad miastem monaster Hercegowińska Gračanica. Kawałek szliśmy asfaltem, a później skręciliśmy na leśną ścieżynkę. Po dotarciu na wierzchołek, naszym oczom ukazał się piękny widok na całe miasto. Przed wejściem do świątyni spotkaliśmy pasącego się osiołka, z którym wymarzyłam sobie zdjęcie. Dopiero wieczorem Paweł przyznał mi się, że nie zdążył zrobić dobrej fotki i mamy tylko taką:

Po obejrzeniu bajecznie kolorowego wnętrza cerkwi ruszyliśmy spowrotem, w dół do miasta. Znowu trochę zbaczając z głównego szlaku, trafiliśmy na kolejne miłe zwierzątko – żółwia. Ten okaz został dokładnie udokumentowany, ale staraliśmy się za mocno go nie stresować. (Na marginesie dodam, że uzupełniając do wpisu wiedzę o nazwy zwiedzanych miejsc natrafiłam na informację, że należy uważać podczas błąkania się po zaroślach, bo można spotkać niemałe węże… nasz arsenał skończył się na szczęście na żółwiu).

Na koniec poszwędaliśmy się po starym mieście, do którego prowadzi zabytkowa brama. Bardzo przyjemnie spacerowało się po historycznym centrum zbudowanym z jasnego kamienia. Całość jest bardzo zadbana i czysta. Polecamy Trebinje wszystkim, którzy chcą trafić do pięknej, bałkańskiej miejscowości mniej obleganej przez turystów.

Po odebraniu plecaków ruszyliśmy na obrzeża miasta łapać kolejny samochód, tym razem najlepiej do Czarnogóry. Po około kwadransie podjechała do nas taksówka. Dostaliśmy propozycję podwózki do Herceg Novi, znajdującego się tuż za granicą, za 30 euro. Kierowca przekonywał, że to jest fatalne miejsce do „autostopowania” i nikt nas stąd nie zabierze. Oferowana kwota znacznie przekraczała nasz budżet, więc grzecznie podziękowaliśmy za propozycję i postanowiliśmy jeszcze poryzykować. Dziesięć minut później już siedzieliśmy w samochodzie, z którego mieliśmy wysiąść pięć kilometrów przed granicą z Chorwacją. Dopiero gdy ujrzeliśmy bramki, sympatyczni państwo potwierdzili, że nadrobili kilka kilometrów, żeby nam ułatwić drogę. Bardzo nas to miło zaskoczyło, a na koniec jeszcze wręczyli nam czekoladę. To była pierwsza kakaowa słodkość od wyjazdu z Turynu! Smakowała jak nigdy, a przecież zawsze nam się uszy trzęsą, jak tylko mamy okazję skosztować jakiś smakołyk!

Na przejściu granicznym zmieniliśmy kilka słów z przesympatycznym urzędnikiem, który powiedział Pawłowi, że ma piękną żonę i ma o nią dbać. Na słowa mojego męża, że jestem nie tylko ładna, ale i pracowita, pan skarcił go, że w Bośni kobieta ma przede wszystkim być urodziwa, a nie musi brudzić rąk robotą. Mądry to człowiek, który powiedział, że podróże uczą!

Po przekroczeniu granicy bośniacko-chorwackiej bardzo szybko załadowaliśmy się do kolejnego samochodu, który jechał do Dubrovnika. Kierunek znów nam odpowiadał. Mężczyźni, z którymi jechaliśmy, jeszcze skręcali przed miastem na pobliską stację paliw. Tu nawet bardziej nam pasowało opuścić pojazd, bo było to na trasie do Czarnogóry. Szybko zapadała już ciemność, a Paweł po przeciwnej stronie drogi wypatrzył camping. Postanowiliśmy tam spędzić noc, a rano próbować dostać się do Czarnogóry.

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*