/ 17 grudnia, 2018/ Chorwacja, Czarnogóra/ 0 komentarz(y/e)

Gdy wysiedliśmy na dużym parkingu w Budvie, nie bardzo mieliśmy pomysł, co ze sobą dalej zrobić – posiadaliśmy tylko brak internetu i jakichkolwiek informacji o miejscowości, w której się znaleźliśmy.

Okolica wyglądała na dość duży kurort wypoczynkowy, miasto położone wzdłuż linii brzegowej wydało nam się ładne, zadbane i raczej nowoczesne. W takich momentach pomocne są restauracje posiadające WiFi, taką też wybraliśmy jako pierwszy punkt programu.

Prócz wspomożenia nas dawką darmowego łącza, miejsce uraczyło nas dwiema porcjami smacznej zupy, herbatą dla Pawła i mrożoną kawą dla mnie. Wszystko okazało się bardzo trafione, ponieważ przez internet znaleźliśmy bazę na najbliższe noclegi, a żołądki trochę odżyły po strawie. Poszczęściło nam się i nawet nie musieliśmy pieszo pokonywać kolejnego odcinka, tylko przyjechał po nas tata dziewczyny, u której zarezerwowaliśmy apartament. Na miejscu bardzo pozytywnie zaskoczyły nas warunki, w jakie trafiliśmy, cieszyliśmy się, że Paweł będzie mógł w komforcie wracać do pełni sił.

Wieczór przeznaczyliśmy na zapoznanie z okolicą. Najpierw chcieliśmy dopełnić formalności i zarejestrować swoje przybycie w informacji turystycznej, jednak dotarliśmy już po zamknięciu kasy. Musieliśmy więc przenieść to na kolejny dzień, na szczęście na granicy otrzymaliśmy pieczątki z datą… późniejszą, nie było więc problemu ze zwłoką. Dalej, na podstawie otrzymanych od naszej pani gospodarz wskazówek, dotarliśmy nad brzeg morza. Po drodze zatrzymaliśmy się przy trybunach boiska, na którym grupa chłopców trenowała grę w bule. Nie mogliśmy wyjść z podziwu nad celnością rzutów i technikami trafień. Paweł zapragnął zrobić im zdjęcie idealne, więc spędziliśmy tam ponad dwadzieścia minut.

Wszystkie zostały przez Pawła usunięte 😉 Po przejsciu kolejnych metrów trafiliśmy na kobietę z dziewczynką próbujące wnieść rowery po schodach. Paweł ochoczo zabrał się do pomocy i… okazało się, że trafiliśmy na Polki. Wnuczka, jak się okazało, mieszka z rodzicami w Czarnogórze, a babcia przyjeżdża do nich w odwiedziny. Nawiązała się bardzo sympatyczna pogawędka, podczas której otrzymaliśmy kilka informacji o mieście, do którego trafiliśmy. Chętnie korzystamy z takich wiadomości, więc skrzętnie zanotowaliśmy w pamięci, gdzie iść i co zobaczyć. Emi, mamy nadzieję, że to czytasz, więc przy okazji pozdrawiamy Cię serdecznie!

Ponieważ dawno zapadł zmrok, postanowiliśmy w końcu wrócić do naszego apartamentu. Jak po sznurku dotarliśmy do zapamiętanego przez siebie skrzyżowania i… nie wiedzieliśmy co dalej. Ciemność na niebie przeniosła się chyba i na naszą pamięć krótkotrwałą, ponieważ kilka długich minut staliśmy bezradnie na rogu i zastanawialiśmy się, w którą bramę wejść. Po długim namyśle postanowiliśmy wchodzić po kolei przez otwarte furtki i tym sposobem trafić na zapamiętane drzwi. Niestety, sześć kolejnych nie pomogło nam rozwiązać zagadki. Nie mieliśmy internetu, by sprawdzić dokładny adres. Sprawdziliśmy na naszym GPS’ie, skąd rozpoczynaliśmy spacer. Wydało nam się, że niedokładnie złapał pierwszy sygnał i niewłaściwie wskazuje, że było to kilkaset metrów dalej. Nie wiedząc, co począć, Paweł podszedł do siedzących na tarasie ludzi i spytał czy może wiedzą gdzie mieszka nasza gospodyni. Bez skutku, ale przynajmniej udostępnili nam łącze. Udało nam się na mailu znaleźć dokładną lokalizację i ze zdumieniem stwierdziliśmy, że to nie ta ulica! A odnaleziony adres pokrywał się ze wskazaniem nawigacji… Zdaliśmy się na elektronikę i śmiejąc się sami z siebie dotarliśmy do właściwego budynku. Faktycznie, znajdował się kilka przecznic dalej 😉

Po nocy w wygodnym łóżku, ciepłym prysznicu i przygotowanym w ankesie kuchennym należącym do naszego apartamentu, a zjedzonym na balkonie, pożywnym posiłku, następnego dnia mieliśmy nową energię na odkrywanie nieznanych obszarów. Zaczęliśmy od dopełnienia obowiązku meldunkowego, a dalej ruszyliśmy na plażę. Spotkaliśmy niewiele osób korzystających z ostatnich promieni słonecznych – zdecydowanie sezon już się skończył. Kolejnym punktem zwiedzania był oczywiście port.

Zaskoczyła nas niewielka ilość zacumowanych żaglówek – wszystkie miejsca zajęte były przez jachty motorowe. Po szybkich oględzinach i wizycie w kapitanacie, weszliśmy za kamienny mur starego miasta. Powitały nas zacienione, wąskie uliczki, małe sklepiki z lokalnymi wyrobami i kameralne kawiarnie.

Ponieważ historyczne centrum zajmuje niewielki obszar, po chwili znów znaleźliśmy się nad brzegiem morza. Tu kolejne, już większe restauracje, posiadające swoje prywatne fragmenty plaży zaopatrzone w parasole i leżaki. Przeszliśmy się po pomoście wychodzącym kilkadziesiąt metrów w wodę, brodzilśmy w ciepłym morzu, cieszyliśmy piękną, wakacyjną pogodą. W oddali rysowała się ścieżka wykuta w skale, ochoczo podążyliśmy więc w tamtym kierunku. Okazało się, że tam właśnie znajduje się jeden z charakterystycznych symboli Budvy – posąg baletnicy. Przedstawia on balerinę wpatrującą swojego ukochanego wracającego z wyprawy.

Z tego miejsca można podziwiać piękną panoramę starego miasta, lub przejść na kolejne punkty widokowe, aby ostatecznie dostać się na dużą plażę. Nareszcie znaleźliśmy opalających się ludzi! Tutaj wszyscy się zgromadzili, w pewnym oddaleniu od miasta. Zgłodnieliśmy, zrobiliśmy więc przerwę na obiad. Wieczorem wróciliśmy za mury starego miasta, gdzie trafiliśmy na klimatyczny koncert „pod chmurką”, grany w niewielkim amfiteatrze z widokiem na horyzont. Wirtuoz gitary klasycznej tworzył niesamowitą, romantyczną atmosferę przy promieniach zachodzącego słońca. Muzyka płynęła prosto z jego duszy, całym sobą był w prezentowanych przez siebie utworach. Zapewnił nam wyjątkowe zakończenie dnia!

Dominika

Skomentuj To

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*